sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział trzydziesty drugi - Szlaki

Całuski! Parę rozdziałów do końca zaczyna mi wracać wena, choć chyba mi tak ładnie i tak nie spływają słowa na elektroniczny papier Worda. Może to te wakacje? Właśnie, jak u was z ocenkami? Podtrzymałam tradycję, zdobyłam pasek. Mam nadzieję, że u was tak samo dobrze! Ale, nie przedłużam i życzę miłego czytania!
Na zawsze wasza
Serafino

Hermiona poczuła, jakby wszystko wokół niej zwolniło.
- Nie – wyszeptała na bezdechu zmartwiałymi ustami. Ogarnął ją chłód.
- Och, Hermiono, to ty! Tak bardzo się cieszę, nie masz pojęcia jak…
- Co ty tu robisz? – Hermiona okręciła się i stanęła twarzą do właścicielki głosu.
Stała teraz przed nią dziewczyna. Blondynka, o wielkich, niebieskich oczach, spłoszonym uśmiechu i białawych, chudych rękach. Wyglądała krucho w zwiewnej  sukience z niebieskiego jedwabiu, która podkreślała jej oczy. Był tak dziecinna i bezbronna, kiedy tam stała… Hermionie znów ścisnęło się serce.
- Mieszkam? – spytała niepewnie Luna. Zmarszczyła jasne brewki. A Hermiona poczuła że to wszystko ją przerasta i zachciało  jej się płakać. Tylko płakać.
·          
- Ale… dlaczego? -  zapytała wciąż smutna brązowowłosa, kiedy Draco zaprowadził je pośpiesznie do komnaty Hermiony po tym jak obu dziewczynom zaczęły cieknąć łzy z oczu. Bo Ślizgonka się nie cieszyła, a skąd. Wiedziała, że śmierć przyjaciółki była po części jej winą. Nie opłakiwała jej wcześniej, nie chciała uwierzyć w słowa gazety.  A teraz to poczucie winy, smutek, żal, uderzyły w nią jak fala, kiedy spojrzała w pełne niewinności oczy młodszej od siebie dziewczyny. Rozpadała się. Co jeśli to przeważy szalę, co jeśli nie będzie umiała sobie z tym poradzić?
- Tu jest moja mama – Luna wzruszyła kościstymi ramionami. Uśmiechnęła się łagodnie do Hermiony. – Pewnie to będzie jakaś profanacja, ale pod pewnymi względami cieszę się, że  umarłam. Miło jest być znowu blisko niej.
- Masz rację. Nie powinnaś tak mówić - Hermiona przycisnęła ciasno nogi i objęła je ramionami. W tej pozycji czuła się bezpiecznie. Chociaż…
Wzięła głęboki wdech. Najpierw jeden, potem drugi…
- Gdzie ona jest teraz? Twoja mama?
- W jednej z tych wielkich sypialni, podlewa swoją grządkę  Ogryzków Wybucholubiących – Hermiona nie miała pojęcia co to jest. Miała nadzieję, że nie widać tego na jej twarzy. – Czekała na mnie przez te wszystkie lata, wiesz? Byłam jej niedokończoną sprawą. – Popatrzyła z zamyśloną miną na szare równiny za oknem. – Tu jest wiele takich ludzi, czekających na innych ludzi. Przyjaciół, ojców, kochanków…  Ja poczekałam na ciebie. – Znów zwróciła wzrok na Hermionę. Jej oczy byłe pełne zamyślenia i tęsknoty za… czymś.
- Na mnie – powtórzyła głucho Hermiona. Wiedziała, że zasługuje na karę, ale po prawdzie nie podejrzewała, że dobroduszna Luna zechce jej ją wymierzyć. – Co chcesz ze mną zrobić? Przyjmę każdą karę.
- Karę? – zdziwiła się blondynka. Zmarszczyła brwi. – Nie, co? Dlaczego miałabym cię karać?
- Wpędziłam cię tutaj – Hermiona zamachała rękami na otaczający je pokój. – Twoja śmierć była moja winą… moją bardzo wielką winą. -  spuściła głowę. Tak, czuła się z tym źle.
Luna spojrzała na nią w osłupieniu, nietypowym dla byłej Krukonki.
- Hermiona. Czy ty się prosiłaś o starożytną czarownicę mieszkającą w twojej głowie, kiedy byłaś żywa? – spytała.
- Nie. – mruknęła Hermiona, patrząc w bok.
- Czy prosiłaś się o inną starożytną czarownicę próbującą cię zabić.
- Nie, ale…
-  A może o opętanie przyjaciela przez tę czarownicę?
- Nie! – wykrzyknęła zestresowana Ślizgonka. – Ale gdybym zrozumiała szybciej, zareagowała prędzej, nie doszłoby do tego. A tak? Zniszczyłam nam życie! – poczuła jak słone łzy znów spływają jej po policzkach. Jedna, druga…
- Skąd wiesz, że poszłoby lepiej? – spytała spokojnie blondynka. – Po tych wszystkich latach ciągle robisz ten sam błąd, Herm. Zamykasz umysł. Myślisz, że istnieje tylko czerń i biel. Że można żyć lub nie żyć, chcieć lub nie chcieć.  Myślisz, że teraz, jak  rozmawiamy, nie żyjemy.
- Nie, nie żyjemy. Nasze ciała leżą bez ruchu gdzieś nad nami – burknęła Hermiona.
- A ja czuję, że żyjemy. Nadal wszystko słyszymy, czujemy. – uśmiechnęła się. – Naprawdę umrzemy dopiero wtedy, kiedy stracimy swoją osobowość i zdolność odczuwania.
- To poetycka i bardzo naiwna myśl – westchnęła Ślizgonka.
- Ale chciałabyś, żeby okazała się prawdą.
Hermiona podniosła wzrok. Luna patrzyła się na nią jak siostra, której nigdy nie miała. Ze… zrozumieniem?
- Chciałabym –szepnęła więc.
·          
- Oszaleję tutaj – powiedziała głośno Ginn, kiedy po raz kolejny zaczęła okrążać bibliotekę w domu Malfoy’ów. – Powinni już wrócić pare dni temu!
- Może mają jakieś problemy – powiedział nieobecnym głosem Blaise, siedzący w pozycji lotosu przed kominkiem i czytający Opowieść o dwóch miastach. W ostatnich dniach zainteresował się literaturą mugolską. Teraz podniósł głowę, wyrwany ze świata książki. – Pansy już poszła spać?
- Tak. Ale pomyśl, Blaise. Skoro są jakieś problemy, to musi znaczyć, że nasz plan nie wypalił. A planu B, jakbyś nie zauważył. – skończyła zdenerwowanym głosem.
Blaise odłożył książkę i spojrzał na nią z czułością w spojrzeniu, przechylając głowę. Ginny poczuła, że się rumieni, co było zupełnie nie na miejscu. Całowała się z nim i więcej, a mimo to jego wzrok wciąż przyprawiał ją o to dziwne uczucie.
- Choć tutaj – powiedział po chwili. Ginny spełniła tę prośbę, podchodząc do niego małymi kroczkami. Jego twarz miała w sobie jakieś światło, znajome, które zawsze ją przyciągało. Teraz usiadła tuż koło niego i położyła głowę na jego podołku. Zaczął gładzić ją po włosach i napiętej szyi, pewnie i lekko.
- Martwię się – wyszeptała, patrząc na dogasający kominek. Burza świstała gdzieś za oknem. – To nasi przyjaciele, Blaise.
- Myślisz, że tego nie wiem? – on także szeptał, kiedy bawił się jej kosmykami. Miął ciepły oddech pachnący wanilią i czekoladą. – Myślisz, że nie czuję, że oszaleję, kiedy myślę, że nie ma ich tutaj?
- Nie wyglądasz na szczególnie zmartwionego.
- Bo im to nie pomoże. A ja mam własne problemy. – Jego głos był głuchy. Ginny zmarszczyła brwi i przekręciła głowę, żeby spojrzeć na jego twarz. Malowało się na niej zmartwienie.
- Które? – zapytała, wciąż cicho.
- To, że będę musiał oznajmić mojej matce, że zamierzam poślubić kobietę z rodziny, której ona szczerze nie cierpi – Zrobił śmieszną minę. – Chyba będę musiał doprawić czymś Ognistą Whisky zanim to zrobię.
- Nie oświadczyłeś mi się jeszcze – Ginny uśmiechnęła się. – Nie wiesz, czy się zgodzę.
- A kto mówi o tobie? – zaśmiał się krótko, jak pies. Był potem przez chwilę cicho. -  A zgodziłabyś się? – zapytał w końcu.
- Chyba zależy od tego jak byś to zaproponował – Ginny uśmiechnęła się jadowicie. On w odpowiedzi zmrużył oczy, i nagle, nie wiadomo jak, była już na nogach, jego ręce wciąż na jej biodrach, a on sam klęczący na jednym kolanie.
- Hej! Czy ja ci pozwoliłam się tak podnosić? – spytała z cieniem śmiechu w głosie. W zasadzie to nie podejrzewała,  że on jest na tyle silny, żeby ją podnieść, samemu siedząc. Może i była niska, ale nie ważyła tyle co piórko.
- Chyba powinnaś się nauczyć, że ja nie pytam o pozwolenie, moja droga – powiedział z cichym śmiechem, lecz zaraz potem spoważniał. Ginny spojrzała na jego skupioną twarz i poczuła błysk strachu, ekscytacji. On chyba nie..?
- Ginewro Molly Weasley  - zaczął uroczystym głosem, biorąc jej dłonie w swe dłonie. – Pare tygodni temu zakochałem się w tobie. Pare tygodni temu zmieniłem się z tego powodu na dobre. Kochanie ciebie zmieniło mnie. Prawdopodobnie brzmię teraz jak palant, ale w jakiś cudowny sposób nie dbam o to. Ale to bezcelowe, więc przejdę do sedna. Ginny Weasley, czy chciałabyś stać się Ginny Zabini?
Ginny poczuła jak jej serce zaczyna galopować. On nie żartował. On naprawdę chciał ją poślubić i spędzić z nią życie, pomimo tych wszystkich kontaktów i układów.
On… musiał ją kochać.
- Powinieneś wsadzić tam więcej głupich, słodkich słówek  - powiedziała ze słabym, niedowierzającym uśmieszkiem, czując jak szczęście powoli podchodzi od żołądka coraz wyżej i rozprzestrzenia się po całym ciele – ale myślę, że mogę się zgodzić – skończyła już z większym uśmiechem.
Zobaczyła jak jego oczy rozszerzają się w niedowierzeniu. Skoczył na nogi i pocałował ją; słodko, delikatnie, ale on nie chciała tej delikatności. Przyciągnęła go bliżej, tak, że ich ciał nie dzielił nawet milimetr i wplotła palce w przydługie włosy wijące się na jego karku. Jego ręce przesuwały się po jej ramionach, plecach, talii, udach, a  ona czuła, że to nie dość, że to jej nie wystarcza. Zaczęła całować go tak, jak nigdy nie całowała żadnego mężczyzny i kiedy oboje upadli na miękki dywan koło kominka, pozwoliła, żeby pochłonął ją ogień.
·          
 - Więc pozwól mi sobie pomóc – powiedziała z dziwną desperacją w głosie Luna i znów się uśmiechnęła. – I  przyjmij to -  wyciągnęła rękę.
Na jej dłoni leżał ciasno zrolowany, owinięty czerwoną wstążeczką,  nieduży kawałek pergaminu. Nie wyglądał jakoś specjalnie.
- Co to? – Hermiona zmarszczyła brwi, biorąc karteczkę. Pergamin był kruchy, jakby przeleżał w zapomnieniu wiele lat i mógł się rozpaść w każdej sekundzie.
- Znasz pewnie mity greckie? – spytała Luna. Hermiona pokiwała głową. – Cóż, od kiedy moja mama tu trafiła, nie siedziała bezczynnie. Mówiłam ci, że była z niej bystra czarownica. Więc kiedy usłyszała, że gdzieś, jak w każdym potężnym czarze jest luka, postanowiła znaleźć wyjcie. Dla mnie, ale…
- Czekaj, gubię się. W jakim czarze? – spytała brązowowłosa.
- Mam na myśli czar, który stworzył to miejsce. Przecież nie zawsze tu było, na początku było samo piekło i niebo, żadnej poczekalni.  Stworzyła je ta sama czarownica, przez którą wszystko się zaczęło – Hekate.
- I która teraz mnie unika – mruknęła Hermiona tak, jakby właśnie zdała sobie z tego sprawę.
- No i musi być sposób na odczynie zaklęcia, prawda? W tym wypadku jest to ścieżka. Trudna ścieżka, pełna niebezpieczeństw, bla, bla, bla,  ale już ktoś ją kiedyś przeszedł.
- Orfeusz – szepnęła Hermiona. Ona wiedziała. Kiedy opowiadała Hekate ten mit, ona cały czas wiedziała i nic nie powiedziała.
Zdrada boli.
- Więc znalazła tę mapę i teraz dała ją mi. Ona już nie może wrócić, ponieważ jej ciało się rozpadło podczas wybuchu w którym zginęła, ale moje jest zakonserwowane czarami. Tak samo jak wasze.
Hermiona ledwo ją słuchała.
- Mogę to otworzyć? – spytała.
- Pewnie. W końcu jest dla ciebie. Czytałam to już, ale tylko mapę w miarę rozumiem. Reszta jest zapisana runami, a ja na starożytne runy nie chodziłam. No i nie możemy tego pokazać nikomu innemu, więc zostajesz tylko ty. – mówiła Luna, kiedy Hermiona odwiązywała delikatnie wstążeczkę. Mapa natychmiast rozwinęła się, w jednej chwili cała płaska, zamiast zawijanej na końcach. Całą była pomalowana czarnym atramentem.  Zaczynała się w lewym dolnym rogu. Był tam rysunek, przedstawiający  wielki zamek z wieżami rodem z baśni tysiąca i jednej nocy. Obmywały go fale morza ciągnącego się do wielkiego pasma gór z śnieżnymi czapami na wierzchołkach. Stamtąd znów wypływała woda, tyle, że tym razem w formie rzeki. Była na niej maleńka łódka z żaglem w kształcie liścia, która wpływała do wielkiej paszczy najeżonej zębami.[i]
To akurat nie wyglądało zachęcająco. Hermiona przeniosła wzrok na runy po prawej stronie i zachłysnęła się łatwością tego tekstu.
- Przeczytam bez tych głupich rymów, okay[ii]? – powiedziała, podnosząc podekscytowany głos na Lunę. Dziewczyna pokiwała głową, zaciekawiona. Brązowowłosa wzięła głęboki oddech, czując jak jej wnętrzności zaciskają się ze szczęścia.
- Ścieżka będzie prosta, a kręta
Twoje nogi podążą za spojrzeniem
Wyruszysz nocą, lecz dniem
Przejdziesz suchą nogą szare morze
Wespniesz się w dół zimnych gór
Las poprowadzi cię po rzece
Pochłonie cię zimny, ciemny stwór
Narodzisz się śmiercią
Ufając sercu
Luna spojrzała na nią roziskrzonymi oczami.
 -Merlinie, teraz to takie proste! Dziecinna zagadka! Będziecie mogli stąd wyjść tak łatwo, tak  łatwo! Jak  się mama dowie, będzie przeszczęśliwa! I…
- Luna. Luna, czekaj. - Hermiona zmarszczyła brwi w niezrozumieniu. – Jak to my?
- Och, nie wspomniałam? – Blondynka przegryzła wargę. – Nie idę z wami, Hermiono. Zostaję tutaj, żeby przejść z mamą na drugą stronę.  Już nie wrócę do świata żywych.



[i] Baaaaardzo uproszczona

[ii] Okay, Hazel Grace? J

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział trzydziesty pierwszy - trzecia szansa

Witajcie dziewczyny, chłopaki! Trzydziesty pierwszy rozdział, a wraz z nim - trochę informacji ode mnie.WAŻNYCH!!!
Postanowiłam mimo wszystko skończyć z Dramione, ale... nie skończyć z pisaniem i blogami. Będę dalej pisać fantazy, ale nie fanfiction, bo to mi po prawdzie już nie pasuje. Trudno mi pisać o uczuciach osoby, której sama nie stworzyłam.Co powiecie na Nefilim? :) Mam już zaczęte nawet. Mam nadzieję, że z tym będę pisać szybciej, ładniej, przede wszystkim - ciekawiej.
Cały ten blog złoże w jeden dokument i wrzucę na chomikuja w pdf'ie i mobi na e-booki.
Będziecie czytać? :)
Wasza
Serafino

 Są chwile, w których twoje zamiera. Nagle staje, odmawia posłuszeństwa i przestaje bić. Każdy mógłby powiedzieć, że choć raz tego doświadczył, bo to, choć nietypowe, dzieje się co chwila. Pierwsza miłość, ptak przelatujący przed oczami, brak schodka pod stopami, kiedy myślisz, że on tam jest.
Ale czasem przerywa bicie z powodu wiadomości, która zmienia twoje życie. Luz, blues i muzyczka – bum bum, bum…, …, bum bum - następuje tragedia.
To było wszystko, co Hermiona myślała, kiedy dowiedziała się, że Morgana zginie już za parę chwil. Czuła zawiść, złość, nienawiść i to przez cały czas, ale kiedy ta wiadomość do niej dotarła, zniknęły. Pustka… czuła pustkę. Jak opisać to uczucie, kiedy wiesz, że do tego, aby twoje życie mogło znów być twoim życiem potrzeba czyjejś śmierci?
- Należy się suce – powiedziała jednak jadowicie. Jad poczuła drugi.
Draco spojrzał jej w oczy. Odbijały się w nich te same emocje, które goniły dookoła głowy Hermiony i para pewnych wojowniczo zmrużonych, brązowych oczu.
- Myślałem, że wyznajesz zasadę przebaczać i zapominać – powiedział twardo z nutką zdziwienia w głosie. – I że nie przeklinasz – dodał.
 - Ona - stuknęła go palcem w szeroką pierś – mnie zabiła. Nigdy nie przebaczę i nigdy nie zapomnę. – Obróciła się lekko na pięcie i wyszła z pokoju powiewając grzywą brązowych loków. Stukot jej obcas dobrze było słychać na marmurowych posadzkach.
Młodzi mężczyźni spojrzeli na siebie zdziwieni. Ron wzruszył ramionami.
- Na mnie nie patrz. Kiedyś była miła.
·          
Hermionę dogonili na schodach prowadzących do lochów. Były one równie wystawne i bogato zdobione co reszta pałacu: były tam bazaltowe poręcze, bogate malowidła na ścianach, kryształowe żyrandole zawieszone na suficie. Jednak nawet to nie mogło odegnać nieprzyjemnego zapachu wilgoci płynącego z podziemi.
Zbiegli po szerokich schodach do lochów, wyglądających… dość odpychająco. W przeciwieństwie do schodów, wyglądały zupełnie adekwatnie. Wręcz ociekające wilgocią, pokryte grzybem ściany z ciosanego kamienia, pochodnie w uchwytach z czaszek i pełno dziur w podłodze. Oprócz tego oczywiście zakratowane, puste cele w grubych ścianach.
Tylko jedna była zapełniona. Na środku celi, rozparta na dywaniku w orientalne wzory, w pozycji lotosu siedziała Morgana.
Wyglądała na całkowicie spokojną i wyciszoną. Medytowała chyba. Na jej krwistoczerwonych wargach pojawił się delikatny uśmieszek, kiedy otworzyła swoje białe oczy i ujrzała trójkę czarodziei.
- Dziwnie ujrzeć was w takim składzie – powiedziała cicho. – Kiedy w gazetach pisali o chłopcu, który przeżył, była brązowowłosa, rudy i brunet. Teraz jest mądrala, ofiara i… śmierciożerca.
- Co chcesz osiągnąć, Morgano? –spytała się Hermiona, podchodząc do celi i siadając po turecku przed kratami. Dwoje młodych mężczyzn ustawiło się za jej plecami z założonymi rękami. – Złośliwość nie ma wielkiego sensu w obliczu śmierci.
- Nie. Nie ma. Ale ja was nie lubię – westchnęła, lecz zaraz uśmiechnęła się szeroko płomiennowłosa. Wstała i pstryknęła palcami. W jakiś dziwny sposób jej ubrania zaczęły zwijać się, kurczyć, rozciągać, aż bogato zdobiona toga zniknęła, zastąpiona przez jakąś dziwną suknie. Miała zielony, płaski, wypierający biust do góry gorset w delikatne, złote esy-floresy, ciemnozłotą spódnicę przetykaną jadeitowymi nitkami oraz rozszerzające się na końcach rękawy, przechodzące od ciemnej zieleni do brązowo-żółtego odcieniu złota. Na dość drapieżnie wyciętym dekolcie miała zdobiną onyksami kolię, a na misternie upiętych włosach coś pośredniego między tiarą księżniczki, a czepkiem.
- W krynolinie trochę trudno im cię będzie wsadzić do grobu – zakpiła Hermiona.
- To jest fortugał, dziecko – spojrzała na nią z wyższością Morgana. - Podobną suknię miała na sobie Anna Boleyn w chwili ścięcia. Nie uważasz, że pasuje w takim razie do sytuacji?
- Ja nawet nie wiem kim była Anna Boleyn – wymamrotała Hermiona. Nie lubiła nie wiedzieć nawet najmniej znanych faktów, a Morgana patrzyła się na nią teraz z jadem w oczach wyraźnie dającym do zrozumienia, że powinna to wiedzieć.
- Anna Boleyn była czarownicą i żoną Henryka VIII, najokrutniejszego z królów Anglii. Została niesłusznie oskarżona o zdradę stanu i inne takie. – Hermiona spojrzała się na niego szeroko otwartymi oczami.  On wiedział coś, co ona nie? Napotykając jej spojrzenie, wykonał gest przypominający wzruszenie ramion połączony z machaniem rękami. – Jej portret wisi w Hogwarcie.
- Lubię tego chłopaka –Morgana spojrzała na niego z aprobatą w oczach i wygładziła na spódnicy nieistniejącą zmarszczkę. –Ale do rzeczy. Pytasz mnie co chcę przez to wszystko osiągnąć. Odpowiedz: Chcę wiele, lecz nie mogę nic. Sama, ale w tym okrutnym świecie nikt mi nie pomoże.
- Nazywasz to okrutnym światem? – Hermiona uniosła wysoko prawą brew. – Ty także sprawiłaś, że on taki jest.
- Byłam okrutna, bo świat był dla mnie okrutny. Oculum pro oculo, dentem pro dente.
- Qui gladio ferit, gladio perit.[i] Draco zaśmiał się, kiedy te słowa opuściły usta dziewczyny. -  To też mówi o sprawiedliwości, Morgano. Czy to także ci się podoba?
Kobieta spojrzała na nią z politowaniem, jakoś widocznym w mlecznych oczach.
- Myślisz, że wiesz dużo. Myślisz, że znasz świat –powiedziała zduszonym głosem. – Ale ty nie wiesz nic. Twoja mała wiedza oparta na namiastce inteligencji, jaką wy już nazywacie geniuszem, jest prochem w porównaniu z moją wiedzą, niczym wobec wielkości Jedynego. I żal mi cię. Tacy jak ty nie uznają sił większych od siebie, są zaślepieni dumą i ślepo prą naprzód.
- Może to dobrze? – odezwał się nagle Ron. Morgana obróciła się do niego wężowym ruchem, a fałdy jej sukni załopotały.
- Niby dlaczego? –syknęła.
-Bo.. nie poddają się. Próbują nawet jak upadają – spojrzał jakoś dziwnie na Hermionę.  Zmarszczyła brwi. Czy on naprawdę miał to na myśli Naprawdę myślał, że ona jest… taka? – Nie dają się stłamsić.
Morgana spojrzała się na niego w zamyśleniu. Później lekko pokręciła głową.
- Z niektórymi rzeczami po prostu trzeba się pogodzić, młody chłopaku. Niektóre rzeczy po prostu za nic nie dadzą się przejść. Są ironią losu, bo przecież ironią losu jest wiedza o tym jak wyjść z tego cholernego królestwa i kompletny brak pomysłu jak wyjść z tej…
- Wiesz jak stąd wyjść? – zawołali równocześnie Draco i Hermiona, oboje z szeroko otwartymi oczami.
·          
- Wiem – powiedziała ze spokojem Morgana, znów przybierając na usta tajemniczy uśmieszek. 
Gdzieś w górze rozległy się kroki i Hermiona zrozumiała, że musi się śpieszyć.
- Jak? Jak można się stąd wydostać? -  zapytała, przypadając w jednej chwili do krat. Pogodziła się już z tym, że zostanie tu na zawsze, ale jeżeli istniał sposób, jeżeli jakaś nadzieja wciąż była…
- Dlaczego miałabym się tym z tobą dzielić? –spytała całkowicie poważna Morgana.
- Ponieważ zmażesz w ten sposób choć część swoich win i będziesz miała czystsze serce podczas Sądu Ostatecznego?
Morgana zdawała się rozważać propozycję.
- Nie – potrząsnęła w końcu głową. Hermiona poczuła jak gniew znów wypełnia jej serce. Zacisnęła mocniej ręce na kratach, tak mocno, że zza jej paznokci popłynęła krew, choć ona wcale tego nie zauważyła.
- Po pierwsze to jak już pewnie wspomniałam, nie lubię cię. Po drugie, nie zaoferowałaś mi nic naprawdę godnego uwagi – powiedziała spokojnie, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Ślizgonkę. Morgana była mądra, naprawdę sprytna, jednak serce miała czarne. Zabijała bez wahania i nie czuła potrzeby,  żeby dzielić się ze światem jej mocą i mądrością. Och, tacy ludzie naprawdę ją wkurzali.
- Co byś więc chciała, żmijo? – wykrztusiła przez zaciśnięte zęby.
-Umowy. Umowy, że jeżeli powiem wam pewną drogę do waszych ciał, ty oddasz mi miejsce w duszy twojego pierwszego dziecka. Nie będę wpływać na jego decyzję, lecz będę tylko obserwatorem. – Choć nadal dalekie, kroki zrobiły się głośniejsze i Morgana przysunęła się także do krat. Była znacznie wyższa od Hermiony, ale brązowowłosa z łatwością mogła zobaczyć błyski w jej oczach. – Moja magia będzie je wspierać. Moja mądrość będzie pomagać dokonywać mu trafnych wyborów. Moje…
- Nie. Dosyć tych bzdur – Draco nagle wystąpił o krok do przodu, a w jego głosie można było usłyszeć furię. Hermiona z niepokojem  poszukała jego ręki, a kiedy znalazła, mocno uścisnęła. To, co mówiła Morgana, było chore. Czy ona naprawdę myślała, że skarze swoje dziecko na takiego samego pasażera w ciele, jakim kiedyś była dla niej Hekate? – Nie masz po co tracić śliny. Nigdy się na to nie zgodzimy.
- Wy? – Morgana kpiarsko uniosła prawą brew. – Jej się pytam.
- W moich planach jest, aby to dziecko było także moim dzieckiem, więc chyba mam prawo głosu – powiedział, a jego głos był pewny. Uścisnął lekko palce Hermiony, a ona poczuła ciepło rozlewające się w jej klatce piersiowej. Co prawda nie zapytał się jej jeszcze o nic, a za to wyskakiwanie z dzieckiem miała mu potem zamiar spuścić porządne manto, ale wiedza, że kocha ją na tyle, żeby chcieć mieć z nią dzieci była dobra, naprawdę dobra. Zresztą, to było też w jej planach. I też nie miała zamiaru oddawać dziecka Morganie jak jakiemuś Titelituremu.
- Nie. Zwariowałaś? – spytała się Morgany z szeroko otwartymi oczami. – Nie przehandluję mojego życia na życie mojego dziecka.
  -No to tu zostajesz.
- I dobrze -  młoda dziewczyna otwarła oczy jeszcze szerzej.  –Nie rozumiem cię, Morgano. Może i jesteś mądrzejsza i starsza od nas wszystkich, może tak, ale ty po prostu…
- Hermiona – powiedział  ostrzegawczo Ron, oglądając się z niepokojem  przez ramię na zbliżające się w korytarzu cienie, jednak dziewczyna mówiła dalej, wzburzona słusznym gniewem i niepokojem.
-… nie rozumiesz miłości! Znam twoją historię, Morgano. Czy skazałabyś miłość swojego życia na taki los? Czy pozwoliłabyś, żeby osoba, która cię zabiła, mieszkała w jej głowie? To chore! – wykrzyknęła.
- Nic nie wiesz o miłości! – wysyczała Morgana, uderzając otwartą dłonią w stalowe kraty, a  końcówki  jej włosów uniosły się lekko w powietrze. Powiało od niej gorące powietrze. – Myślisz, że coś o tym wiesz! A nie, dzieciaku, nie wiesz!  I nie próbuj tego porównywać! Co ma w sobie lepszego  jedna, krótko żyjąca dusza w porównaniu z oceanem wieczności, mądrości!?
Hermiona poczuła jak wszystkie mięsnie w jej ciele tężeją, a obca ręka przesuwa ją na bok. 
- Ma w sobie więcej miłości – wyszeptała i patrzyła jak umundurowany, milczący strażnik zabiera nagle znów skamieniałą Morganę ku jej przeznaczeniu.
·          
- … niniejszym uznaję się oskarżoną za winną, a wyrok śmierci poprzez ścięcie głowy mieczem natchniętym mocą Boską. Wyrok zobowiązany jest do wypełnienia go natychmiastowo.
To był krótki proces. Formalności.
- Już drugi raz mieliśmy nadzieję i już drugi raz zawiodła – szepnęła Hermiona do stojącego obok niej Dracona obserwując jak Morgana idzie wyniosłym krokiem na podwyższenie, gdzie czeka kolejny milczący strażnik dzierżący u pasa biały jak mleko miecz.
- Do trzech razy sztuka – odszepnął blondwłosy chłopak, ale w jego głosie słychać już było zrezygnowanie. Do Hermiony wróciło poczucie winy. To przez nią się tu znalazł.
- Draco, ja…  - zaczęła mówić, ale on już jej nie słuchał. Patrzył się z uwagą na podwyższenie, gdzie Morgana właśnie kładła głowę. Podniosła wzrok dokładnie w chwili, kiedy Hermiona zwróciła na nią spojrzenie.
O uśmiechnęła się do niej kpiąco.
Suka jedna.
A później jej głowa potoczyła się w dół po uprzednio przygotowanej słomie.
W brązowowłosej coś się uśmiechnęło, w samym jej sercu.
- Herm? – usłyszała zza pleców.


[i] Oko za oko, ząb za ząb
Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.