piątek, 14 lutego 2014

Rozdział dwudziesty siódmy - Między światami

Czółenko! Oto niezwykle-szybka-jak-na-nią-Serafiono z nowym rozdziałem, który jest niemożliwie ROZPACZLIWY - wszystkim chce się płakać. Ale, to mój żywioł. Jeszcze pytanko - Zaczynam pisać książkę, której główna bohaterka uwielbia poezję. Znacie jakiś fajnych autorów, niekoniecznie polskich? Bo ja lubię sonety, wiersze, ale potrzebuję jednego, naprawdę dobrego autora/autorkę którego owa bohaterka będzie mogła często wspominać i cytować. Z góry dziękuję wam za pomoc*_* Jesteście kochani! Twg, moja siostra się zdziwiła że mam "prawie 20 000 wejść" To chyba nie jest przecież tak dużo?
Z całuskami
Serafino.I.H.25

- Nie obchodzi mnie to! Nie możecie jej pochować!
Ginny siedziała skulona przed kominkiem w domu Malfoy’ów. Blaise załatał dziurę w ścianie kuchni, ale jej nadal było zimno. Nie wiedziała już nawet czy ten chłód jest prawdziwy, czy płynie tylko z jej serca, mrożąc krew płynącą w jej żyłach. Było jej wszystko jedno. Świat już mógł się palić, walić, ona wciąż będzie czuła to zimno. Jej przyjaciółka nie żyje. Ona sama nigdzie nie może już być bezpieczna. A mężczyzna, którego pokochała wbrew wszystkiemu, jest przeznaczony jej przyjaciółce. Na tę ostatnią myśl objęła się mocniej. Nie, to się nie mogło tak skończyć. Musiała coś zrobić chociaż z tą sprawą. A na razie… na razie ktoś musiał przemówić do rozumu Draconowi.
Wstała więc bardzo ostrożnie, od razu podpierając się o kamienną skałę, podążyła do kuchni. Czuła się tak bardzo stara. Czy to można było nazywać rozpaczą? Kiedy jednak otworzyła z trudem ciężkie wrota z ciemnego mahoniu, a jej wzrok spoczął na właścicielu tego domu, zrozumiała,  że ona jeszcze nie czuła prawdziwej rozpaczy, która pożerała Dracona od środka. Chociaż było już grubo po piątej nad ranem, chłopak wyglądał jakby nie spał od ostatnich paru dni, nie mył się i nie wychodził z ciemnicy. Nawet Ginny zdrzemnęła się na dwie godzinki. Jednak cienie latające teraz wokół głowy Malfoy’a najwidoczniej nie pozwalały mu nawet na zamknięcie oczu.
- Ona jest martwa, Draco. Musimy przekazać ją jej rodzicom – Blaise zacisnął twardo zęby. On także cierpiał, to było pewne. Ale ktoś tu musiał być dorosły. – Nie wróci drugi raz.
- Skoro mogła zrobić to raz, zrobi to po raz drugi – Draco wciąż siedział na podłodze.  Bezwładne ciało Hermiony leżało na podłodze za nim. Ginny zachłysnęła się powietrzem, patrząc na tę absurdalną scenę. Wyglądała jakby spała.
- Draco – szepnęła rudowłosa. Blaise zauważył ją i natychmiast do niej pośpieszył. Widząc, jak drży chwycił skądś koc i narzucił jej na ramiona, ale dziewczyna ledwo to zarejestrowała. Obserwowała Dracona, który także zdawał się nie słyszeć co do niego powiedziała. -  Nie sądzisz, że gdyby mogła, to już by to zrobiła? – spytała. Spojrzał na nią z bólem w szaroniebieskich oczach.
- Kochasz ją tak samo jak ja, Ginny – on także szeptał, jakby  nie chcąc obudzić brązowowłosej.  To nie było pytanie.
- Tak. Ale zapominasz… - zadrżała, a Blaise ją przytulił. Wtuliła się w jego ciepłe ciało z wdzięcznością. – Zapominasz, że ja tam byłam. To było trudne, żeby wrócić raz. I to z jedną z najpotężniejszą czarownicą wszechczasów, która ma w zaświatach niezłe układy! Draco… Ja nie sądzę, żeby ona chciała wrócić.
Zapanowała cisza.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie sądzisz, żeby chciała wrócić? – wychrypiał w końcu chłopak.
- To nie jest właściwe, Draco. Pisała, że czuje to samo co ja. Pustkę. Chłód w sercu. My już byłyśmy inne i nic tego nie zmieni. A już na pewno  nie ułatwi jej powrotu. Ona odeszła, Draco.
Blondyn nie odzywał się po tym przez dłuższą chwilę. Widać było, że myśli nad czymś intensywnie. Ginny się to nie podobało. Przyjął jej słowa do wiadomości – co najwidoczniej wcale nie znaczyło, że się podda. Szepnął coś do ciała Hermiony leżącego za nim. Ginny nie usłyszała jego słów, ale domyśliła się ich.
Moja kochana.
- Skoro ona nie może wyjść  - powiedział w końcu na głos –to ja pójdę po nią.
·          
Hermiona nie wiedziała, gdzie się znajduje.
Podniosła się lekko na łokciach. Koce, których nie zauważyła, zsunęły się z jej ramion. To było dziwne miejsce. Leżała na bogato zdobionym szezlongu obitym jedwabnymi poduszkami. Wszystko tutaj było utrzymane ciepłych, choć dość ciemnych kolorach. Ściany i okna, które nie wpuszczały światła, zostały wykonane w typowo greckim stylu. W szerokim palenisku płonął ogień.
Hermiona znała jedną osobę, która urządziła by tak pokój.
Hekate.
Ledwie to pomyślała, Hekate weszła do pokoju przez misterne[i] drzwi. Wyglądała dokładnie tak jak Hermiona ją zapamiętała ze swojej „wizji” na plaży. Czarne włosy, srebrne oczy, wcielenie piękna. Wyglądała tutaj zaskakująco… żywo.
- Hermiona! -  podbiegła do niej i ją przytuliła. Zaskoczona dziewczyna ostrożnie oddała uścisk. – Nareszcie się obudziłaś. Och, nawet nie wiesz jak to dobrze móc cię przytulić, po tych wszystkich latach ciągłego bycia pasażerem w twoim ciele.
Okej, to brzmiało dziwnie. I coś tu Hermionie nie pasowało. Gdzie ona była? I dlaczego Hekate stała tuż obok niej?
- Dlaczego już nim nie jesteś? – spytała wolno. Hekate spochmurniała.
- Przypomnij sobie, Hermiono. Pamiętasz to.
Hermiona spojrzała na nią ze zdziwieniem. Co miała sobie przypomnieć? Okej, uczyła się w Hogwarcie, później był Voldemort, potem Bitwa, potem… Morgana. Zaczęła gorączkowo próbować przywołać wspomnienia. Slytherin, Znaki na ciałach, Hekate, Nott, Bal, dom Dracona…
„Uśmiechnęła się jeszcze okrutniej. – On już jest martwy. – Wycelowała w nią koniec czarnego patyka. Hermiona poczuła suchość w gardle. – Dołącz do niego.”
- Gdzie jest Draco?!- krzyknęła Hermiona, czując jak strach łapie ją za gardło. O Boże, on zginął, zginął z jej winy. Tam było tyle krwi… - Gdzie on jest?!
- Draco żyje, Hermiono – Hekate spojrzała na nią z matczyną troską. – Nie martwisz się o siebie, tylko o niego? Nie obchodzi cię… że to ty nie żyjesz?
- Gdyby coś mu się stało, to byłaby moja wina – wyszeptała Hermiona. Opadłą na jedną pufę i  zakryła swój uśmiech ręką; w jej oczach było widać rozczulenie i początek smutku. – Ale nic mu nie jest. To ja poniosłam śmierć w tej bitwie, tak?
- Tak –przyznała Hekate. –Ale nie martw się! Już niedługo, za parę dni, urodzisz się na nowo!
- A ty zostaniesz bez rodu do którego należysz i którego córy nosiły cię w swoich ciałach od tak dawna – mruknęła Hermiona
Usłyszała, nie, wyczuła w jakiś dziwny sposób, że Hekate o tym nie pomyślała, Teraz w jej głowie obracały się trybiki szukające wyjścia z tej sytuacji. Jednak go nie było. Ród wygasł. Przekleństwo Hekate straciło ważność.
- Fakt – przyznała w końcu czarownica. – Ja… muszę to skonsultować z paroma osobami.
- Bogiem? Czy diabłem? – zgryźliwie spytała Hermiona.
- Obojgiem – powiedziała najzupełniej poważnie kobieta. W drzwiach obróciła się jeszcze do Hermiona. – A, i nie jedz tu niczego! Nawet w moim pałacu to nie jest bezpieczne. Powiedz to temu drugiemu chłopakowi.
I wyszła, zostawiając Hermionę z myślami wijącymi się w głowie jak węże.
Okej. Okej, okej, okej. Bycie martwym nie może być takie złe. Poza tym, że nie mogła nic jeść, a tak jak każda dziewczyna, Hermiona kochała jeść. Ale pamiętała historię Persefony z greckiej mitologii  - bidulka najadła się owoców granatu i pozostała w tej dziurze(dosłownie) z Hadesem jako męzem. [ii] Więc na razie jedzeniu mówimy baj baj. Co Hekate jeszcze mówiła? „Powiedz to temu drugiemu chłopakowi”. Zaraz. Jakiemu chłopakowi?
Odpowiedź znalazła ją szybciej niż myślała.
- Hermiona? – Ron stanął w framudze drzwi prowadzących na korytarz. – Co się dzieje?
Cholera.
·          
Zanim Blaise zdążył zacząć wytykać Draconowi jak bardzo głupi jest ten pomysł, ktoś zastukał z daleka do drzwi.
Nawet Draco zerwał się natychmiast, chociaż oznaczało to zostawienie ciała Hermiony. Blaise wysunął się przed Ginny, automatycznie chroniąc ją własnym ciałem. Blondyn ostrożnie zaczął iść do nagle odległych drzwi trzymając różdżkę w pogotowiu. Pukanie rozległo się po raz drugi. Draco zbliżył się do drzwi i otworzył je błyskawicznym ruchem.
Na śniegu stała dziewczyna.
- Pansy – powiedział z wyrzutem głosie chłopak. – Mogłaś nam powiadomić, że przyjdziesz.
Ginny zmarszczyła czoło. Pansy… była smutna. I sama. Czemu nie towarzyszył jej Ron? Coż, później się ją o to spyta. Na razie trzeba było dać jej coś do ubrania się, dziewczyna marzła tylko w cienkiej bluzie. Kiedy potrząsnęła głową,  rudowłosa zauważyła na jej policzkach zamarznięte łzy.
- Pansy – zaczęła, nagle czując jak w jej serce wbija się kolejny szpikulec złożony z lodu. – Co się stało? – Dziewczyna spojrzała na nią żałośnie. Otworzyła usta jak rybka wyrzucona na brzeg.
- Ron nie żyje, Ginny  - jej głos był cichy i zachrypnięty. – Zaklęcie Hermiony na niego nie zadziałało.
·          
- Och, Ron – westchnęła Hermiona patrząc z bolesnym zrozumieniem na chłopaka. – Dlaczego tu jesteś?
Ronald podszedł do niej i usiadł na drugiej pufie, zielonej.  Z irytacją przeczesał włosy ręką. Hermiona zauważyła, że coś się w nim zmieniło – skóra stała się odrobinę bardziej naciągnięta, oczy jeszcze bardziej zapadnięte. To dodawało mu tej dorosłości, męskości, której zawsze mu brakowało.
- Nie żyjemy, tak? – burknął. Hermiona zmarszczyła brwi. Ta, to już bardziej pasowało do Rona, którego znała. – To cholerne koło mnie tu sprowadziło.
- Chcesz powiedzieć , zabiło.
- Tak. Zabiło. – Wręcz zazgrzytał zębami,  ale zaraz się rozpogodził. – Przynajmniej jesteśmy tu razem. Prawda? – uśmiechnął się.
- To oznacza, że oboje jesteśmy martwi. Nie oczekuj, że będę skakać z radości. – Bez Dracona. – Ale Hekate kazała nam nic nie jeść, żeby to nie przywiązało nas do tego świata na zawsze. Będziemy mogli wrócić do domu! – Do Dracona.
- Mieliśmy nic nie jeść? – zapytał nagle przerażony Ron. Hermiona obejrzała się na niego szybko.
- Błagam, powiedz, że nic nie jadłeś! – wykrzyknęła  w panice.
 - Tam był kurczak… - żałośnie wykrztusił Ron.
Hermiona ukryła twarz w dłoniach. Przecież nie opuści Rona. Utknęli tu na zawsze.
·          
Ginny ostrożnie głaskała Pansy po głowie. – Dziewczyna potrzebowała ciepła i bliskości, to było widać. Po raz kolejny zastanowiła się, czemu nie zauważyła,  że między Pansy  a Ronem coś się dzieje. A może to się zaczęło dopiero parę dni temu? Ugh, te przeklęte zasady arystokratycznych rodów! Draco nie mógł być z Hermioną w żadnym świecie[iii] , a te aranżacje małżeństw od kołyski wcale nie pomagały w ich i tak skazanym na porażkę związku. Tak samo ona i Blaise, Pansy i Ron… chociaż rodzina Weasley’ów od wieków zachowywała czystość krwi, dla niektórych status „zdrajców krwi” był jeszcze gorszy niż mugol w rodzinie.
- Nie wyegzorcyzmujemy cię do przeklętego świata umarłych! Jesteś szalony! – krzyknął Blaise, pogrążony już po raz drugi w kłótni z przyjacielem.  Ich twarze wykrzywiała złość i irytacja, ale Ginny zobaczyła w twarzy ukochanego coś jeszcze innego.
Strach. Blaise bał się o Dracona.
Ginny miała w tej sprawie mieszane uczucia. Kiedy dowiedziała się o śmierci Hermiony, jej serce skuł lód. Ale kiedy dowiedziała się o śmierci swego brata… lód zniknął i zastąpiła go pustka, przerażająca nicość przesycona rozpaczą w jej klatce piersiowej. Dlaczego? Dlaczego to cholerne zaklęcie mogło jakimś cudem podziałać na chłopaka, ale nie dało się z niego go wyleczyć? A teraz, w tej bezbrzeżnej pustce pojawiło się chwiejące światełko nadziei. Czy mogła je złapać?
- Blaise – usłyszała swój własny głos. Oczy chłopaka momentalnie złagodniały, kiedy na nią popatrzył. – Pomóżmy mu. On zrobi to i tak.
- Owszem. Ale jak mi nie pomożecie, to po prostu wbiję sobie sztylet w serce – spokojnie stwierdził Draco zakładając ręce na krzyż.
- Ani mi się waż – powiedział surowo Blaise i westchnął. – Dobra. Poddaję się. To czego potrzebujemy?




[i] Nie miałam pojęcia jak wyrazić to, o co mi chodziXD Ale myślę o takich: https://www.google.pl/url?sa=i&rct=j&q=&esrc=s&source=images&cd=&cad=rja&docid=dXryM-IQH1h7AM&tbnid=m50-LJgDr2mT2M:&ved=0CAUQjRw&url=http%3A%2F%2Fnowytarg.olx.pl%2Fdrzwi-rzezbione-iid-408633534&ei=H2z7Uv2dMsKl0AWc2oEg&bvm=bv.61190604,d.bGE&psig=AFQjCNFdqNut6zI1d16vnP28nKAZ23GzWA&ust=1392295281707049
[ii] Fajna historia z tym związana jest w książce Porzuceni, Meg Cabot. Nie mogę się doczekać jej trzeciej części! Przeczytam ją po angielsku, żeby szybciej było.
[iii] Tip: Zapamiętajcie sobie to zdanie. Do następnego bloga się przyda.

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział dwudziesty szósty - Prawa Murphy'ego

Raz, swa, trzy.. Czy wszyscy mnie słyszą? Wróciłam,  słodziaki, wraz z moim rekordowo długim, ośmio-stronnicowym rozdziałem - będącym punktem zwrotnym w naszej opowieści, lecz nie kończącym. The end to będzie za dwa blogi <3  Dobrze jest tu wrócić, wiecie? A, przeczytałam pierwszą książkę po angielsku, czuję się dumna. Ale, nie przerywam wam, czytajcie.Chociaż po moim odejściu jakoś niewiele z was(2) się przejęło! Zraniło mnie to, wiecie? Chociaż było w tym też trochę mojej winny..
XOXO
Wasza Serafino
- Czuję się dziwnie, kiedy o tym myślę, wiesz? – Hermiona spojrzała w stronę Dracona czytającego książkę u jej stóp. Ona siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami, a on rozłożył się na poduszkach leżących przed kominkiem. To wyglądało tak… właściwie. Dwójka młodych ludzi czytających w świetle kominka, patrzących na siebie kiedy myśleli, że to drugie tego nie widzi.
- Kiedy myślisz o czym? – odchylił głowę do tyłu patrząc w jej oczy. Uśmiechnęła się widząc jak jego wymagające już strzyżenia włosy opadają w platynowej fontannie.
- O tym, że jednak nie jestem mugolaczką. Że moi rodzice też byli czarodziejami.
- Sądzisz, że to coś zmienia? – przekręcił się aby spojrzeć jej w twarz. – Że jesteś inną osobą?
Roześmiała się jakby setki małych młoteczków rytmicznie uderzało w kieliszki.
- W każdej książce odpowiedziałabym, że tak – powiedziała z zamyślonym nagle wyrazem twarzy. – Ale nie. Czuję się jakbym znalazła miejsce w świecie. Choć nie mogę tego udowodnić, wiem, że jestem czystej krwi czarownicą i nikt nie może już powiedzieć,  że nie należę do tego świata. To podnosi człowieka na duchu, wiesz? – znów się roześmiała.
- Dobrze wiesz, że  to nie ma znaczenia. Jesteś lepszą czarownicą niż ja, niż ten Potter, niż każdy inny. No, może Dumbledor był lepszy, ale cóż – spójrzmy prawdzie w oczy – on i Voldemort pare miesięcy temu zostawili ci tytuł Najlepszego Maga czy coś. – Znów zaczytał się w książce. Hermiona pacnęła go lekko w potylicę.
- Nie mów tak o zmarłych! – powiedziała piskliwym głosem. – Ja wcale nie jestem znów taka dobra… - mruknęła, jakby zapadając się w sobie na kanapie.
- Jesteś pewna? – Uśmiechnął się pod nosem.[i]
- Tak. – powiedziała i szybko zmieniła temat. – Skąd te książki w moim pokoju? Wiesz, te mugolskie powieści dla nastolatek.
- Kupiłem – powiedział, dotykając języka opuszkiem palca i przewracając stronę. Hermiona poczuła silną chęć kopnięcia go nogą uzbrojoną w papcie z króliczkami. Tak nie wolno!
- Nie rób tak – mruknęła jednak tylko. – Skąd wiedziałeś, że właśnie takie lubię? Połowa z tych pozycji należy do moich ulubionych!
- Strzelałem – widziała jak przewrócił oczami. – Dlaczego chcesz to wiedzieć?
Przesunęła się tak, że  jej głowa znalazła się na wysokości jego głowy, leżała na brzuchu za jego plecami. Od ich pocałunku na balu nie była tak blisko.  Spiął wszystkie mięśnie, kiedy zobaczyła jak zbliżyła się dziewczyna. Był nerwowy.
- Zrobiłeś wywiad na mój temat? – spytała śmiało.
- Niby kiedy? – prychnął. – Żaden z twoich przyjaciół nie wiedział jakie książki czytasz poza Hogwartem.
- Ginny wiedziała – zmarszczyła leciutko czoło, choć obiecała sobie, że nie będzie tak robić. Już jej się pojawiały zmarszczki.
- Tak czy siak, nie mówiła mi. Sam je wybrałem – burknął.
- I niby na podstawie czego wybierałeś? – spytała z niedowierzaniem i podejrzliwością. – To nie jest na liście bestsellerów w Empiku.
- Co to jest Empik? – oderwał się wreszcie od tej prawniczej książki i spojrzał na nią ze zdziwieniem. To znaczy, ta książka wyglądała na prawniczą.
- Taki sklep. Odpowiesz mi?
Zmrużył oczy.
- Wybrałem te które lubię ja, lub moja matka – Sparaliżowało ją.
- Ty… lubisz te książki? – wręcz wydyszała.
-Niektóre. Właśnie to powiedziałem – jej serce koziołkowało gdzieś na wysokości przepony.  On… lubił mugolskie książki? On… czytał to co ona?
MATKO BOSKA!
- A wolisz psy czy koty? – spytała podejrzliwie.
- Że co? – mruknął, patrząc ze zmarszczonym czołem na jakiś szczególnie trudny wyraz w tej jego grubej księdze. Samotny okruch popiołu poszybował w powietrzu, by opaść spokojnie na kamienną podłogę. Odblask ognia zatańczył na wypolerowanych butach Dracona. Hermiona poczuła senność  obserwując te rzeczy. Zwinęła się w kłębek na purpurowej sofie i położyła głowę tuż za jego potylicą. Poczuła miętowy zapach jego szamponu.
- Sprawdzam, czy jesteś ideałem – ziewnęła. Draco obrócił do niej głowę, chcąc coś powiedzieć…
Ale tego nie zrobił, ponieważ w kominku pojawiła się ognista głowa. A nawet dwie, choć tylko jedna miała naturalnie płomienny kolor.
- Hermiona! Draco! – zakrzyknęła Ginny wesoło. Zmarszczyła węgielkowe czoło – Czy mnie urok trafił, czy ja widzę co widzę? Czy wy się całujecie?
Hermiona poderwała głowę na dźwięk głosu przyjaciółki. Oczy rozbłysły jej wesoło, kiedy zobaczyła Ginny szczerząca do niej zęby z kominka. Poderwała się z nieprzystającym damie piskiem i upadła na kolana przed szerokim paleniskiem, czując jak radość wibruje jej w żyłach.
- Ginny! Po pierwsze: nie? Idź do uzdrowiciela optycznego czy coś [ii]. Po drugie: Czy używanie proszku Fiuu nie jest przypadkiem cholernie niebezpieczne?! Co wyście narobili?
- Miona, spokojnie. Teoretycznie tylko podczas całkowitego przeniesienia można wykryć połączenie – powiedział spokojnie Draco.
- Nie! Nieprawda!- wykrzyknęła Hermiona w panice. – Umridge już kiedyś wykryła Syriusza, kiedy tylko wsadził głowę do kominka!
- Co? – spytała cała trójka naraz. A, tak, oni nie wiedzieli…
- W piątej klasie rozmawialiśmy –ja, Harry i Ron – z Syriuszem za pomocą proszku Fiuu. Syriusz nie przeniósł się cały, a ta Jędza i tak go wykryła!
- Ale ona miała na uwadze tylko Hogwardzkie kominki. Nie cały czarodziejski świat – wtrącił rozsądnie Blaise. – Niemożliwe jest, aby Morgana wykryła nas przy tak dużej ilości połączeń.
Hermiona westchnęła. Teoria Blaise’a brzmiała rozsądnie, ale Hermiona miała wrażenie, że coś jej umyka. Że karmią się iluzją, robiąc wszystko źle. Na Merlina, we wszystkich mugolskich filmach tajniacy sprawdzają każdy telefon do podejrzanego! Dlaczego tu miałoby być inaczej?
Dobra, Hermiona. Wariujesz. Co się stało, już się nie odstanie, poplotkuj sobie z Ginny.
Hekate! Nie pouczaj mnie!
To zacznij zachowywać się normalnie! Zresztą, chcę posłuchać co Ginny sądzi o twoim gorącym romansie z Draconem.
Nie ma żadnego gorącego romansu!
A szkoda.
-No dobra, chłopaki! Wynocha mi stąd, to będzie babska rozmowa! – Hermiona klasnęła w dłonie. Miała coś do omówienia z Ginny.
Blaise spojrzał na nią krzywo, ale jego twarz zapadła się czerwień ognistych węgielków i zniknęła. Draco natomiast, słysząc słowa „babska rozmowa” podejrzanie zbladł i wymamrotał coś o zrobieniu herbaty, tuż przed tym jak zniknął tak szybko jakby się teleportował.
- Ginevro – zaczęła Hermiona niezwykle poważnie. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
·          
- I podsumowując, okazuje się, że jestem ostatnią czarownicą z pewnego wielkiego czystokrwistego rodu, ale moja rodzina nie żyje. A na dodatek mam w głowie pewną starożytną wiedź… czarownicę. Chwilami dość wredną.
Co ty nie powiesz.
- Wow – Ginny zmarszczyła brewki. – No, to okej. Fajnie w sumie.
Hermiona spojrzała się na dziewczynę spode łba.
- „Fajnie w sumie”? Liczyłam na jakąś konstruktywną opinię.
- Miona, co ja ci mam powiedzieć? – westchnęła Ginny. – Słuchaj, cieszę się, że znalazłaś swoje dziedzictwo i  tak dalej.. ale to aktualnie nic nie zmienia. Bardziej się martwię o pewną ropuchę, która powinna umrzeć wieki temu.
Mam nadzieję, że nie mówi o mnie?
- I – uśmiechnęła się diabelsko – chciałabym się dowiedzieć więcej o tobie i pewnym tlenionym Ślizgonie.
- Ginny. – Hermiona zmrużyła groźnie oczy. – Nie.
-Ale czemu? Miona, on na ciebie patrzy… jak na ciastko z kremem! To jest zbyt słodkie, aby to ignorować! Poza tym – zawiesiła głos – sama mówiłaś, że cos do niego czujesz.
- A słyszałaś kiedyś, że nieodwzajemniona miłość zanika? – zaśmiała się gorzko Hermiona.
- Nie, słyszałam, że jest do dupy – racjonalnie stwierdziła Ginny.
Ona ma  rację. I… ja też myślę że mu na tobie zależy.
Dobrze wiesz, że to nieprawda. Jesteśmy przyjaciółmi.
Przyjaciółmi? Masz ochotę rzucić się na niego za każdym razem gdy go widzisz.
Och, dobrze! Co nie zmienia faktu, że on nie. Więc jesteśmy przyjaciółmi.
Nie możesz mówić poważnie.
- Dobra, kocham go. Kocham go tak, że cały mój świat wywraca się do góry nogami. Kocham go tak, że śledzę wzrokiem każdy jego ruch. Kocham go tak, że mam ochotę leżeć przy nim do końca świata, aby tylko wdychać jego cudowny zapach. I – popatrzyła gdzieś daleko w przestrzeń, jej oczy  nagle stały się szkliste – nie obchodzi mnie fakt, że on tego nie odwzajemnia. Będę kochać go z boku, napawać jego bliskością, aż to nie zniknie.
Ginny zamilkła na moment. Hermiona westchnęła ciężko i odwróciła głowę słysząc odgłos gwizdka czajnika. Będzie musiała tam iść. Ostatnio Draco miał przygotować jej ulubioną kawę i zamiast niej wsypał do kubka cztery łyżeczki herbaty zielonej z mango i granatem. To nie było dobre w takiej ilości.
- Słuchaj Ginny, chciałabym zost… - Hermiona odwróciła się do  kominka, żeby oznajmić Ginny, że musi iść, ale Ginny… zniknęła. Nie było jej.
- Obraziła się na mnie, czy co? – mruknęła dziewczyna pod nosem, wstając z klęczek i idąc do kuchni. Coś tu jej nie grało.
·          
- Blaise! – Ginny otworzyła drzwi od gabinetu Blaise’a. – Coś jest nie tak!
- Co takiego? – Blaise posłusznie uniósł głowę na jej widok, biorąc łyk kawy. Jednak zaraz odstawił filiżankę z powrotem, gdyż na twarzy rudowłosej było... coś. Coś gorszego niż niepokój i strach. To była czysta panika.
- Rozmawiałam z Hermioną i nagle… coś mnie złapało. Wiem –prawie wykrzyczała, gdy Blaise otworzył usta aby coś powiedzieć – że niemożliwe jest, aby ktokolwiek dostał się do tego domu, ale rzecz w tym, że nie zostałam złapana fizycznie. To była magia, Blaise. Jakby nagle wyrzucono mnie stamtąd.
- Nie ma opcji, żeby ktoś złamał zabezpieczenia, a co dopiero je kontrolował! Nikt – Blaise potrząsnął głową; myśli galopowały wokół jego głowy jak szalone – Nikt nie miałby takiej mocy.
- Nawet parusetletnia wiedźma próbująca zabić Hermionę? Znajdującą się w domu, do którego aktualnie nie możemy się dostać?
Blaise spojrzał na nią, a jego oczy szeroko rozsunął strach. Podszedł do niej szybko i położył rękę na ramieniu. Ginny niemal natychmiast poczuła szarpnięcie… nie tylko to w brzuchu, które odczuwała blisko Blaise’a, ale także to towarzyszące teleportacji. Jednak nic się nie stało, nie przenieśli się nawet o cal.
- Cholera – zaklął pod nosem Blaise, machając różdżką bez jednego słowa. Podleciała do nich para płaszczy. Chłopak podał jeden rudowłosej. – Bierz. Musimy się dostać tam tak szybko jak to możliwe – rzucił spojrzenie w stronę otwartych drzwi na taras. – Pieszo.
·          
- Draco! Nawet nie próbuj zrobić tej herbaty samemu!  - zawołała Hermiona wchodząc do kuchni. Draco siedział po turecku na blacie otoczony różnymi pudełkami herbaty.
- Nie miałem pojęcia, że jest tyle rodzajów herbaty – mruknął chłopak. Pokazał jej jakieś jasne pudełko. –  Widzisz? Pisze, że jest biała. Jak herbata może być biała?
- Tak naprawdę nie jest biała, ma taki dziwny kolor… Taka półprzeźroczysta jest. Żółtawa. – Podeszła do zagraconego blatu i też na nim usiadła, uważając, żeby nie uderzyć się w głowę o szafki. – Draco… Spójrz na mnie. – Podniósł na nią swe piękne szare oczy. Nie mogła pozwolić, żeby to ją rozproszyło. Słowa Hekate i Ginny dały jej do myślenia.  – Musimy pogadać.
- O czym? – podejrzliwie zmarszczył brwi.
- Pamiętasz jak rozmawialiśmy o tym co zaszło na balu? W noc naszego przyjazdu?[iii]
- Tak – powiedział bardzo powoli.                                                                                                                         
- Byłam trzeźwa.
- Co?
- Byłam trzeźwa. Całkowicie świadoma tego, co robię – obserwowała jak rozszerzają mu się źrenice.  – Nie wypiłam wtedy niczego – uważnie studiował jej twarz.
- Ja także niczego wtedy nie wypiłem – powiedział w końcu schrypniętym głosem. Odsunął herbaty leżące między nimi i pochylił się lekko do dziewczyny. Wstrzymała oddech – Czemu mi to mówisz?
- Chciałam tylko zobaczyć twoją reakcję – uśmiechnęła się niewinnie.
- Tylko? – uniósł wysoko brew.
- Może jednak nie – ona także się do niego przybliżyła. Poczuła jak rumieniec wpływa na jej policzki. Czuła każde miejsce w którym się stykali. – Może chciałam żebyś coś z tym zrobił?
- To?  - pocałował ją delikatnie w obnażone miejsce pomiędzy obojczykami. Zadrżała. – A może to? – delikatnie musnął wargami wrażliwe miejsce na styku ucha i kości szczęki. – Bo chyba nie to..? – jego usta dotknęły jej ust.
A Hermiona przestała dbać. Przestała dbać o złe wspomnienia, o złą teraźniejszość. Przestała dbać o swoje obawy, o swoje lęki, chciała tylko czuć te usta na jej ustach, chciała być bliżej niego, bliżej, bliżej, tak blisko jak jeszcze z nikim.
Draco wciągnął ją na swoje kolana. Hermiona usłyszała jak gniotą się pudełka herbat. Rozśmieszyło ją to. Poczuła jak usta Dracona również rozszerzają się w uśmiech, kiedy zasypywał całą jej twarz pocałunkami przypominającymi uderzenia ptasich skrzydeł. Od tych miejsc poczuła jak na całym jej ciele rozchodzi się gorąco, czuła pulsowanie krwi w żyłach, czuła delikatne płatki śniegu uderzające o jej rozgrzaną skórę. Ręce chłopaka wślizgnęły się pod jej bluzkę i przesunęły się po łuku kręgosłupa…
Zaraz.
Jakie płatki śniegu?
Hermiona na chwilę oderwała swe usta od warg chłopaka. Oboje oddychali ciężko. Jednak Hermiona była już skupiona na czymś innym, choć obejmujące ją silne ramiona raczej ją rozpraszały zamiast pomagać.
- Kiedy otwierałeś okno? – wydyszała dziewczyna chowając  głowę w zgięciu jego ramienia, aby chronić się przed zimnem. Teraz pachniał miętą, cynamonem i.. sobą? Wyczuła jak chłopak obrócił głowę w kierunku okna, a jego ciało nagle zesztywniało.
- Nie otwierałem okna – powiedział wolno.
·          
- Już ci lepiej? – ostrożnie powiedziała Pansy, stając w drzwiach pokoju Rona. To był jasny, przestronny pokoik utrzymany w pastelowych barwach. Królowały tu róże i błękity, ponieważ pokój zwykle należał do jedenastoletniej kuzynki Pansy, Margaret.  Na łóżku, otoczony pluszakami dziewczynki leżał Ron.  Nawet wymizerowany i blady, wtapiający się w to marmurowe otoczenie chłopak wyglądał dość absurdalnie czytając z zafascynowaniem jakąś książkę, kiedy wokół niego leżały fioletowe żyrafy i Pansy mimo woli uśmiechnęła się.
- Tak – podniósł głowę znad książki i także się uśmiechnął. Pansy zadrgała jakaś nuta w sercu na ten widok. Przysiadła  w nogach łóżka.
- Co czytasz? – spytała pozornie beztroskim tonem, który nie zdradzał jak bardzo się martwi.
- „ Przygody kurczaka Charli’ego” – przeczytał tytuł z emfazą chłopak i zaraz zmarszczył brwi. – Niezbyt ambitna pozycja.
- Powinnam się domyślić, że cos o kurczakach – powiedziała Pansy, próbując bezskutecznie powstrzymać łzy, które zdradziecko pociekły jej po policzkach. Polubiła Rona, tego chłopca bez przydziału robiącego do wszystkich oczy szczeniaka. A może nawet  więcej niż polubiła?
- Hej, Pansy…Pansy.  – Ron zauważył wreszcie nastrój dziewczyny i spróbował ją nieudolnie przytulić. – Przestań płakać, bo nie wiem co robić. Przecież wiedziałaś, że to może nie wypalić, tak? Zaklęcie podziałało na was, bo jesteście kobietami, a na mnie nie, tyle. –Pachniał chorobą, ale Pansy i tak się w niego wtuliła.
- Właśnie! Podziałało dobrze, już miało być dobrze.. . – zapłakała Pansy. Chwilę leżeli tak przy sobie, myśląc o rzeczach o których trudno było mówić.
- Chciałabym, żeby tego nigdy nie było. Żeby ten rok był zwykły, jak każdy inny. Nie byłoby tego piękna, ale…
- Nie byłoby też bólu – wtrącił Ron. Doskonale wiedział o co chodzi dziewczynie. Czuł to samo.
- Pansy, mam jedno ostatnie życzenie skazańca – powiedział nagle zdecydowanie Ron, patrząc dziewczynie w zapłakane oczy. Zakaszlał, ale wciąż miał na twarzy ten zdeterminowany wyraz.
- Jakie?  - uśmiechnęła się lekko.
- Nie odrzucaj mnie – szepnął, zbliżając swoje usta do jej ust. Pocałował ją lekko, delikatnie, a Pansy poczuła jak przyśpiesza jego serce, jak przyśpiesza jej serce.
Dziewczyna oddała pocałunek.
Szczerze, czysto, żarliwie także go pocałowała.  Wplotła palce w jego rude włosy, czując, jak chłopak przyciąga ją do siebie. Jego krew pulsowała tylko milimetry od jej skóry, ich oddechy mieszały się ze sobą. Jego usta były zimne, tak bardzo zimne. To Pansy przerwała ich pocałunek, czując jak chłopak lekko zmniejsza uścisk, uwalniając ją ze swoich ramion, ale ona i tak przytuliła się kurczowo do jego klatki piersiowej.
Tylko po to, aby zdać sobie sprawę, że jego serce już nie bije.
·          
- Och, wyglądacie naprawdę słodko razem – zaśmiał się chłodno i ostro kobiecy głos. Hermiona w jednej sekundzie odskoczyła od Dracona i spojrzała w zimne oczy Morgany. Siedziała tam, na wysepce kuchennej, jakby do był jej dom, jej miejsce, jakby jej prawem było przebywanie tam.
- Morgana – wyszeptała zmartwiałymi z zimna i strachu wargami. Ostrożnie stanęła na marmurowej podłodze. – Zabiłaś Lunę.
- Tę blondynę? Tak, może – wyciągnęła różdżkę. – A ty do niej zaraz dołączysz – I strzeliła zaklęciem.
Hermiona zakrzyknęła i odskoczyła w bok. Zaklęcie wybiło w miejscu okna wielką dziurę, przez którą naleciało więcej śniegu.
Gdzie był Dracon?
- Draco! – zakrzyknęła, opadając na podłogę. Usłyszała śmiech Morgany. Draco leżał na podłodze, z rany na głowie sączyła się krew. Dużo krwi.
- Kochana, jesteś słodka troszcząc się o niego. Ale teraz nie masz nawet różdżki, prawda? – Uśmiechnęła się jeszcze okrutniej. – On już jest martwy. – Wycelowała w nią koniec czarnego patyka. Hermiona poczuła suchość w gardle. – Dołącz do niego.
I zapadła ciemność.
·          
- Hermiona?! Draco?! – Ginny weszła za Blaisem do domu Malfoy’ów. Drzwi zaskrzypiały przenikliwie w głuchej ciszy. – Gdzie jesteście?!
Znaleźli ich w kuchni, a raczej jej resztkach.
- O Boże! – zakrzyknęła Ginny, cofając się i wpadając na Blaise’a który ją podtrzymał.
Draco siedział na podłodze, cały zbroczony krwią. Trzymał na rękach Hermionę, a jego ciało kołysało się w przód i w tył. Śnieg opadał na jego ramiona odcinając się bielą na tle czerwieni.  Podniósł na nich zbolały wzrok.
- Ona nie żyje – wyszeptał. – Tym razem naprawdę.





[i] Merlinie, chciałam napisać pod wąsem. Ale Draco wąsów nie ma, Na dodatek kojarzy mi się to z kawałem o feministkach.
[ii] ALE POJAZDxd. Zaraz. Ja to napisałam.
[iii] Dla potrzebujących przypomnienia:
- To dobrze, bo co do wczorajszego wieczoru… to co zrobiłem, było karygodne. Pewnie wypiłaś trochę za dużo kremowego piwa… musieli dodawać tam czegoś mocniejszego. Tak. Nie myśl, że ja… to znaczy, ty nie chciałaś, ja tylko… Przepraszam – nie patrzył na nią.
Poczułam się jakby mnie ktoś zdrowo walnął w głowę. On myśli, że byłam nietrzeźwa? Sugeruje, że ja tego nie chciałam? Już miałam otwierać usta aby wyrazić swój sprzeciw, ale…  nagle poczułam się niepewnie. Z jego chaotycznej paplaniny wynikało, że on chciał mnie pocałować, lecz teraz myślał, że ja nie chciałam. A co jeżeli nie to miał na myśli?

sobota, 11 stycznia 2014

See you soon

Kochane, kochani...
 Zawieszam bloga. Zauważyliście pewnie, że ostatnio rozdziały są bardzo rzadko i uznałam że to nie ma sensu. Co prawda do końca zostały jakieś... cztery, pięć rozdziałów do końca, ale... rozumiecie mnie, tak? Po prostu ostatnio popadam ze skrajności w skrajność, płaczę bez powodu, a nauczyciele zawalają nas kartkówkami. Pisałabym takie bzdury, że szkoda gadać. 
Więc - adios tak gdzieś do ferii - 
Całuję
Jak zawsze przepraszająca 
Serafino Ink Heart

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział dwudziesty piąty - Kiedy już myślisz, że wszystko jest dobrze

Pfff, kochane! Pomimo choroby, świąt i wyjazdu - oto jest! Nowy rozdział, choć schizowy i nieposkładany, niezbetowany. Składam go w wasze ręce w biegu i idę babrać się w farbie. A i spóźnionych Wesołych Świąt i niespóźnionego Nowego Roku! Zaciekawiło mnie jedno pytanie - o to, czy wszystko się dobrze skończy. Chciałybyście tego?
Mam do was jedno pytanie na zakładce Dramione - zaraz dodam. Nie musicie go czytać, to sprawa dość osobista... ale byłabym wdzięczna<3
May the odds be ever in your favor!
S.I.H.25
-Jak myślisz, jest prawdziwa? -  Hermiona nerwowo kręci wieczkiem słoika od marmolady. Kiwa się na krześle, obserwując Dracona siedzącego naprzeciwko niej, za jego plecami wstaje słońce.
- Hermiono. Myślę, że wiadomość, będąca przepowiednią pojawiającą się w twojej dłoni podczas snu sprawiającego, że wrzeszczysz w gorączce jest bardzo prawdziwa. – Dracon przymyka oczy, jego głos jest rozdrażniony. W sumie nic dziwnego – nie spał całą noc, raz po raz czytając wiadomość. Zupełnie jakby był na kacu.
- Możliwe. Ale to magia – Hermiona przestaje się huśtać i podciąga kolana pod brodę; jej brązowe oczy są szeroko otwarte ze strachu. – Możliwe, że ktoś po prostu chciał nas nastraszyć.
- Udało mu się to – mruknął chłopak, kolejny raz rozprostowując pogniecioną kartkę i odcyfrowując pajęcze pismo.
Wrzucona w wir czasu
Zagubiona w odmętach przekonań
Odkrywająca tę samą drogę znowu
Potykająca się w ciemnościach przeznaczenia
Pomyli się
Pomoże
Pokocha
Pożałuje
A później zginie
Z ręki miłości i nienawiści razem[i]
- Nie rozumiem! Cholera jasna, nie rozumiem nic z tego bełkotu! – WYBUCHA NAGLE Draco, rzucając kartką o stół. Ale ta nie oddaje jego gniewu, opada łagodnymi zakosami. – To nie ma sensu! Czy przepowiednia nie powinna przypadkiem być zagadką? Czymś co można oprzeć na jakiejś osobie i przewidzieć co się stanie?
Hermiona obserwuje go ze zmarszczonym czołem, kiedy krąży bezsilnie po pokoju. Co w niego wstąpiło? Żeby tak od razu używać przekleństw dla panienek w wieku lat jedenastu? Hmmm. Nie może się wkurzać z powodu tego tekstu.
To pasuje raczej do niej.
- Myślisz, że to o mnie, prawda? – pyta się go cicho. Blondyn nieruchomieje, jego ręka zamiera w powietrzu.
- Nie bądź egocentryczką [ii]– mówi zmienionym głosem. Widać, że dziewczyna trafiła w dziesiątkę. – Ale Hermiono… Ona chcę cię zabić. Znowu. Bo jak inaczej wyjaśnisz, że przepowiednia od tej złej pojawia się w twojej dłoni i mówi o śmierci? Prawdopodobnie bolesnej? Coś tu mi  śmierdzi.
- Twój omlet.
- Co?
- Twój omlet śmierdzi. Przypala się – Hermiona wreszcie się uśmiecha wskazując w stronę dymiącego śniadania chłopaka.
Draco patrzy na to przerażony. Jego omlet! Musiał coś przecież zjeść – nie rozumiał jak ktoś mógł myśleć z pustym  żołądkiem. On sam nigdy nie opuszczał śniadania w Hogwarcie; jeżeli to robił, miał jeszcze gorsze stopnie na lekcjach. Teraz szybko zdejmuje podwójny omlet z patelni. Całe szczęście, tyko się lekko przypiekł.
- Nie chcesz? – wyciąga talerz w stronę Hermiony.
-Nie – kręci głową. – Nie lubię.
Je więc sam w krępującym milczeniu, kiedy ona go obserwuje. Ogląda jak kroi; zmienia płaski omlet w malutkie, symetryczne kwadraciki zdradzające jego pedancką naturę. Każdy pojedynczy kawałeczek pokrywa taką samą ilością marmolady morelowej. Przyjemnie się na to patrzy.
-Więc, kim chcesz zostać w przyszłości? – pyta nagle dziewczyna odrobinę wesoło wymuszonym tonem. Czyżby chciała podtrzymać rozmowę?
- Uzdrowicielem. - mówi spokojnie chłopak, wkładając kolejny kęs do ust. Hermiona gapi się na niego bez słowa. – No co? Lubię eliksiry, dziwne zaklęcia i pomaganie ludziom.
- Zawsze myślałam, że będziesz chciał pracować w bankierstwie, w Ministerstwie, że pójdziesz w ślady ojca…
- On też tak myślał – przerywa jej ostro blondyn. – A zobacz do czego go ta ścieżka doprowadziła? Nie, mnie nie kręci ta wielka polityka. Za wiele w niej przekrętów i intryg, a  na te się napatrzyłem aż za bardzo. Chcę pomagać ludziom. Skrzywdziłem ich tak wielu… może teraz pomogę choć paru. – Kończy swój wybuch szczerości.
- Zabrzmiało to całkowicie beznadziejnie i sztucznie. Wiesz o tym, prawda?
- Tak – parska śmiechem. – Dobra, przygotowałem to w wolnym czasie. A tak naprawdę… po prostu czuję się do tego powołany. Rozumiesz?
- Całkowicie – Ona też się uśmiecha. – Ale ja… Ja nie wiem co mam robić. Najbardziej to vhyba chciałabym jakoś pracować z książkami… pisać je, czytać…
- Więc dlaczego tego nie zrobisz?
- Bo to  nie ma przyszłości. Ludzie już nie czytają książek. Lepiej pójdę do pracy w Ministerstwie, zostanę Ministrem Magii czy coś.
- Wielkie ambicje. Ale to nie tego chcesz.
- Nie. – Patrzy na niego smutno. – Ja chcę zostać po prostu…. Tutaj, z dala od problemów, czytając, nie martwiąc się…
- Tutaj? Nawet ze mną? – Oczy Dracona wyrażają więcej niż jego słowa.
- Tutaj. Zwłaszcza z tobą.
·          
- Nic mi nie jest Blaise! – wrzasnęła w końcu Ginny, gwałtownie odstawiając kubek. Resztka herbaty rozlała się na stoliku. – Zemdlałam parę godzin temu. Już jest wszystko ok, więc daj mi przeczytać ten głupi list!
Leżała pod kocem na małej sofie. Nie wiedzieć czemu, Blaise uparł się aby usługiwać jej jak najdłużej, obwiniając się o jej upadek. Ale Ginny się to nie podobało – do cholery, nie mogła sama pójść do łazienki żeby nie zaczął się pytać, czy wszystko w porządku! Przecież nie była z cukru.
- Nie. Ciągle jesteś w szoku. – Blaise przysiadł u jej nóg i obserwował ją z niepokojem w oczach.
- Szok to ja ci zaraz pokażę, ty… - zaczęła mamrotać Ginny, jednak chłopak jej przerwał.
- Zrobimy tak. Jak zgodzisz się zostać w łóżku cały dzień i pozwolisz sobie usługiwać, pozwolę ci przeczytać list. Deal?[iii]
Ginny przeleciała szybko w głowie korzyści. Hmm.  Posiadanie osobistego niewolnika ostatecznie nie było, aż takie złe, a w ten sposób oderwie Blaise’a od tych okropnych papierów o których sama wolała nie myśleć.
- Deal. – powiedziała, a chłopak w milczeniu podał jej kartkę. Przebiegła wzrokiem tekst, czując jak jej serce przeobraża się w lód.
- Och, Blaise… Co to może znaczyć? Myślisz, że to się tyczy Miony? – westchnęła
- Nie wiem. Ale mam złe przeczucia z tym związane. – Jego głos był naprawdę zmartwiony.
- Blaise?
- Co?
- To się nie skończy prawda? Ta cała sprawa z Morganą? Nie skończy się… aż nie umrzemy albo my albo ona… jak Luna… niewinna Luna… - zanim się obejrzała, już płakała, a chłopak trzymał ją w ramionach i delikatnie gładził po włosach.
- Ciiii… Ciiii, maleńka. Nie zmienisz przeszłości – szeptał w czubek jej głowy.
- Ale Blaise… Czemu nam się to przydarza? Dokładnie tak samo było z Voldemortem. Z Fredem!
- Nie wiem, Ginny. Naprawdę nie wiem.
Zasnęła w jego ramionach o świcie wpatrując się w powoli wstające słońce.
·          
Koko koko Euro spoko, piłka leci hen wysoko…
- Wyłącz ten szajs kretynie! -  wrzasnęła z łazienki Pansy.  – Próbuję się skupić!
- Na nakładaniu  tynku na twarz? – Ron bawił się w składanie i rozkładanie karteczki z przepowiednią. To było wciągające. – To to jest prawdziwa sztuka!
- Piosenka o kurczaku? – Do połowy umalowana twarz dziewczyny pojawił się w korytarzu. Była wściekła. – Nie sądzę.
- To piosenka o optymizmie, kurczaku i strzelaniu goli – poprawił ją rudzielec.
- Fascynujące – prychnęła. – Zachowujesz się jak dziecko.
- Jestem nim – Ron uśmiechnął się prawie czarująco. Prawie. – A Pansy… istnieje opcja, żebyśmy ich odwiedzili? Chciałbym pogadać z Mioną… Z Ginny…
- Dobrze wiesz, że nie – dziewczyna znów schowała się do łazienki żeby pociągnąć rzęsy zalotką. Nie lubiła tych wszystkich magicznych tuszów i mascar.  – Nie możemy się tu teleportować, a wyjście na dwór jest zbyt niebezpieczne.
- Co się może stać? To tylko parę kilometrów do przejścia – kusił dalej chłopak. Pansy poczuła złość. Całe życie mówiono jej, że nie jest zbyt mądra, ale nawet ona zdawała sobie sprawę, że gdy tylko wyjdą na otwarty teren niezabezpieczony urokami kryjącym to natychmiast ich namierzą! Grrrr! Co za idiota! Nawet jeśli z ładnym uśmiechem.
Zaraz. Ona to pomyślała? Fuj!
- Zabiją nas, geniuszu, zanim ujdziemy choć parę metrów – mruknęła wychodząc i siadając obok niego, zła na siebie samą. Ugh! Odkąd stała się Gryfonką, takie dziwne myśli nachodziły ją na każdym kroku.
- Ale czy aby na pewno? – spytał z szelmowskim błyskiem w oku.
- Na pewno – zaśmiała się. Cholera, tym ją rozbawił.
- A Pansy, gdy to wszystko się skończy… -  nagle uwrwał. Pansy spojrzała na niego zdziwiona. Co się działo? Dlaczego Ron był fioletowy na twarzy?
Chłopak upadł na podłogę w drgawkach, złapał się za szyję.
- Ron! – dziewczyna upadła obok niego na kolana. Twarz rudzielca zaczęła sinieć, na szyi wykwitły czerwone plamy. Nie trzeba było mieć wiele wiedzy medycznej żeby widzieć, że chłopak się dusi. Co ona miała zrobić? Gdzie jest jej różdżka? Gorączkowo przeszukiwała kieszenie, kiedy Ron zaczął rzęzić. Ach, tak! Zostawiła ją w łazience!
Pognała korytarzem. Tak szybko w swoim życiu jeszcze nigdy nie biegła, a niezwykle lubiła biegać i często robiła to w wolnym czasie. Wracając z różdżką zaczęła przypominać sobie zaklęcie. Anapeo? Anapo?  Mogła się bardziej przykładać do nauki. Teraz jednak przyklękła przy chłopaku. O dziwo, jego oddech był już spokojny. Pansy postanowiła jednak i tak rzucić zaklęcie, nie zaszkodzi mu nawet jeżeli nie jest już potrzebne.
Zanim jednak wypowiedziała choć pierwszą sylabę, ktoś złapał ją za rękę.
- Pansy – głos Rona był słaby i chropowaty, jednak dla niej był balsamem na rozkołatane nerwy. – Nie musisz. Już wszystko w porządku. To trwa tylko minutę, dwie…
- Nie strasz mnie tak! – dopiero teraz dotarło do niej jak bardzo była przerażona. Naprawdę się o niego bała. – Jak… jak… chcesz powiedzieć , że to ci się już kiedyś zdarzyło?
- Wczoraj. Dziś rano – Wspiera się na łokciach z wyraźnym trudem. –  Chyba nawet wiem dlaczego. – Patrzy jej w oczy podciągają c koszulkę i pokazując twardy brzuch.  – To nie zniknęło.
Na jego boku wciąż widnieje Koło Hekate.





[i] Ekhm, ekhm, wiem, że wy nic z tego nie rozumiecie. Ja też jeszcze tak średnio to ogarniam, zrobię sobie plan jakiś albo coś. Ale: TO SIĘ TYCZY NAJBLIŻSZEGO BLOGA! W NASTĘPNYCH ROZDZIAŁACH BĘDZIE CAŁKOWICIE POMINIĘTE!
[ii] Egocentryzm (łac. ego - ja + centrum - środek) – tok rozumowania, który polega na centralnym umiejscowieniu własnej osoby w świecie. Niezdolność do akceptowania innych poglądów i postaw niż własne., WG., CIOCI WIKIPEDII
[iii] Z angielskiego umowa, Amerykańce i Brytole tak gadają jak się o coś założą albo dobijają targu

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział dwudziesty czwarty - Lód w żyłach

Hej kochani! Tak bardzo przepraszam, że dawno nie odpisywałam; czas mnie goni, głowa boli, a nauki nie ubywa! Nauczyciele po prostu uwzięli się na nas.
Biorąc to pod uwagę, nie wiem czy zdołam pisać tego następnego bloga po polsku i po angielsku. Pewnie spróbuję, bo chociaż tu zostało mniej niż dziesięć rozdziałów, to z moim tempem (jeszcze raz przepraszam; jestem złaaaaa) pisania to będzie to kiedy już będzie luz blues i słoneczko.
Rozdział jeszcze niezbetowany bo muszę się już zmywać i nie mam czasu żeby napisać do Loki.
But I hope You'll enjoy this chapter!
Hugs and Kisses
S.I.H.25
Drogi pamiętniku.
Dziś był dziwny dzień To znaczy, bardziej dziwny niż dwa ostatnie. Zaraz, to tylko dwa dni? Mam wrażenie, że jestem w tym ponurym gmachu już całą wieczność, a towarzystwa dotrzymują mi tylko książki.
Bo Dracona wciąż nie ma. Och, jest gdzieś tutaj, ale nie odzywa się do mnie, nie patrzy na mnie, nawet nie je ze mną posiłków.  Nawiasem mówiąc, całkiem nieźle przyrządza steki. Bo  to on musi gotować – skrzatów tu nie ma i dobrze. Nie znoszę tego, że muszą tak niewolniczo pracować! Chociaż myśl o Draconie Malfoyu w fartuszku jest trochę… dziwna. Ale porusza mi w sercu jakąś ukrytą strunę która każe mi się uśmiechnąć.
Zwiedziłam tutaj już chyba wszystko: drzwi zazwyczaj są otwarte, szuflady nie skrywają żadnych mrocznych sekretów. Tylko trzy rzeczy pozostają zamknięte: okna, drzwi służby i wielkie wrota wejściowe. A, i jeszcze jedne! Szare drzwi na szczycie jednej z wież. Ciekawa jestem co tam jest. Bo to nie pokój Dracona, nie, jego pokój jest zaledwie pare metrów od mojego. I właśnie o tym chcę ci opowiedzieć.
Ostatnio… ostatnio zaczęły mi się śnić złe sny. Koszmary, nocne mary, one nawiedzają mnie nawet podczas krótkich drzemek! Zaczęły się jeszcze w Hogwarcie, na parę dni przed balem, ale tam nie przerażały mnie tak bardzo. Tu nie mogę spać, boję się zasnąć.. Ale dziś… Nie mogłam spać jak zwykle, więc wypiłam eliksir nasenny. Powinien pomóc! Lecz mimo tego, że szybko zasnęłam, koszmar przyszedł jak zwykle: wśród mojego krzyku, jęku, bólu. Ale dziś ktoś to usłyszał, pierwszy raz.
„Perspektywa Dracona”
Czytałem książkę, kiedy to się stało.
Najpierw usłyszałem cichy jęk, jakby ktoś dusił kota. Zmarszczyłem brwi – przecież ja nie mam kota! Ale później usłyszałem równie cichy, zduszony krzyk. Wiedziałem już do kogo należy.
Wypadłem z pokoju, szukając jej drzwi. Które to? Te? Ach, nie tam są? Przez moją głowę przebiegały setki myśli; miotałem się jak opętany w obawie, że ktoś robi krzywdę mojej walecznej dziewczynce. Ale to przecież było niemożliwe… Dobrze rzuciłem zaklęcia broniące to miejsce.
Otworzyłem w końcu właściwe drzwi, bojąc się tego co mogę za nimi ujrzeć. Ale ona tam była, sama. Pościel wokół niej była rozkopana, na drobnej twarzyczce malował się wyraz bólu. Miała zły sen. W paru krokach podskoczyłem do niej i leciutko potrząsnąłem jej ramionami. Wymamrotała coś niewyraźnie.
- Hej, Miona. Czas wstawać. – Potrząsnąłem nią trochę mocniej, przez cienką koszulkę lepiącą się jej do ciała wyczułem ciepło jej skóry. Była rozpalona jak diabli.
- Dracon? – obudziła się nagle, szeroko otwierając oczy w których nie było ani trochę senności. – Draco! Pomóż! Pomóż mi! – otwierała usta jak złota rybka, nie mogąc złapać powietrza. Strach lśnił w jej oczach jak monety na dnie fontanny rzucone na szczęście.
- Hermiona! – Teraz to moje gardło ścisnęło się w obawie. Co to był za sen, który nie pozwalał oddychać? Ona musiała myśleć że jest bezpieczna, tylko tak mogła się uspokoić. Ale czemu miała takie koszmary?
- Draco… - tak samo nagle jak zaczęła krzyczeć, tak przestała. Załkała przeciągle i ukryła twarz w jego dresowej koszulce. – Draco… - Ciekło jej z nosa, miała opuchniętą twarz, jak wciąż mógł myśleć, że jest piękna, zamiast o tym że coś jest stanowczo nie tak?
Miłość. Ona zmienia ludzi w głupców.
- Już spokojnie, maleńka. Już wszystko ok[i]. – Objąłem ją ramionami. Zadrżała spazmatycznie i mocniej zacisnęła ręce na mojej koszulce.
Poczułem się jakby mnie ktoś spetryfikował. Co ja miałem zrobić z dziewczyną, którą kocham i która teraz łka niszcząc moją koszulkę? Kolejny raz w moim siedemnastoletnim życiu zadrżałem z wściekłości na myśl, że gdyby ktoś w poza matką okazywał mu miłość, byłby zupełnie innym człowiekiem. Otwartym na innych. Radosnym. Beztroskim. Umiejącym się zachować w takiej sytuacji, do cholery!
- Chcesz mi to opowiedzieć? – mówię i natychmiast uświadamiam sobie jakie głupstwo palnąłem. Dziewczyna budzi się zlana potem wrzeszcząc ze strachu, a ja pytam czy chce mi opowiedzieć co jej się śniło. Ale ona się śmieje; delikatnie, miękko choć urywanie.
-Tak – ociera nos. – Mama mówiła, że jeżeli opowiesz swój sen komuś w nocy to nigdy się nie spełni. To by się przydało.
- Więc? – delikatnie przenoszę ją odrobinę dalej na łóżku i sam moszczę się pod grubą pierzyną. Na Salazara, ale tu gorąco! Lecz nie będę się skarżył, dla niej zniosę wszystko.
- Więc… - mruga gwałtownie oczami; myśli o czymś intensywnie. Nagle na jej twarz wpełza rumieniec – My… byliśmy na plaży. Razem. I my… leżeliśmy… przytuleni, a ty pokazywałeś mi konstelacje – do głowy natychmiast podpełza myśl , że przecież zna je lepiej ode mnie. Ale to sen. Sny nie kierują się logiką. I nagle… nagle pojawił się Teodor.
- Ten parszywy gad Nott? – cedzę te słowa; och, gdybym dostał tego imbecyla w moje ręce!
- Tak, nie przerywaj mi. I on… zaczął się śmiać. Wiesz, jak szaleniec, obłąkańczy rechot i tak dalej. Ale później… później… on… - Przestaje mówić, przetacza się i znów chowa w mojej koszulce. Chociaż to miłe, wolałbym żeby tego nie robiła, ponieważ znaczy to,  że ten sen był naprawdę zły.
- Co powiedział, kochanie? – Gdzieś kiedyś czytałem, że zdrobnienia pomagają z szokiem pourazowym. To co przechodziła Hermiona do końca takim szokiem nie było, ale zawsze było warto spróbować. I podobało mi się to słowo na moim języku; kochanie.
- Że w  tym życiu nigdy nie zaznam szczęścia. Że Luna była tylko początkiem, że znajdzie i zabije wszystkich których kocham. A na końcu znajdzie mnie i także zabije. I… zmienił się w Morganę, ta w Harry’ego, ten w węża, a na końcu w kruka. I na końcu zadrżała, jakby ją coś bolało, a w oczach jej ptasiej formy widziałam strach, to było nieplanowane. Zmieniła się w karteczkę papieru;  podniosłam ją, ale nie zdążyłam przeczytać, obudziłam się.
Milczę. Mój mózg powoli trawi informacje i dostrzega jeszcze jeden element.
- Hermiona – mówię. – Co trzymasz w prawej dłoni?
Patrzy się na mnie marszcząc czoło. A później obraca głowę w stronę swojej prawej ręki i rozchyla dłoń.
Spoczywa tam kawałek pergaminu. I jest coś na nim napisane.
·          
- Nadal nie rozumiem czemu musiałam przynieść ci tę kawę – marudzi Ginny, wchodząc do niesamowicie zabałaganionego gabinetu Blaise’a. – Mogłeś użyć Accio!
- Gdybym cię o to nie poprosił, nie mógłbym Cię teraz zobaczyć – podnosi głowę znad sterty papierów i uśmiecha się śnieżnobiałymi zębami. – A każda chwila z tobą to jak promień słońca wpadający przez okienko ponurej egzystencji, o pani dobrego humoru.
- Odwal się – Ginny podaje mu kawę i zaczyna sączyć swoją herbatkę z pokrzywy. Działa dobrze na włosy. – Gdybyś nie zaszywał się tu całymi godzinami to nie potrzebowałbyś tyle kawy, a ze mną przebywał cały czas.
- W łazience też – mruczy pod nosem porządkując papiery. Ginny słyszy to i patrzy na niego krzywo. Co za dziecko!
- Co czytasz? – pyta, przysiadając na skraju biurka zawalonego jakimiś grubymi księgami.
- Książki, proponuję.
- Więc o czym czytasz? – Ginny przewraca oczami.
- Szukam kruczków – wzdycha na to chłopak ciężko. – Chcę pomóc Malfoy’owi… i sobie. On robi to samo u siebie.
- Kruczki? W czym niby? W Gringocie nie da się brać pożyczek – Rudowłosa próbuje żartować, ale martwi się. Czy Blaise troszkę nie schudł? Czy od zawsze miał takie cienie pod oczami?
-Czy jeżeli pokaże ci coś… możliwe że nieprzyjemnego dla ciebie, przyjmiesz to spokojnie?- pyta się wolno.
- Myślę, że tak – Ginny marszczy czoło. Co może być takiego złego, że Blaise boi się to jej pokazać?
Na jej odpowiedź chłopak podaje jej pojedynczą kartkę. Co to? W pierwszej chwili Ginny myśli że to drzewo genealogiczne, ale zaraz orientuje się, że coś tu się nie zgadza. To nie jest jeden ród. Przebiega wzrokiem nazwiska; widzi rodziców Dracona Malfoya, widzi znienawidzone przez nią nazwisko Bellatrix, widzi wiele nazwisk słynących z czystej krwi od wielu pokoleń. Ale… dlaczego widzi też nazwiska osób, które zna?
Gregory Goyle obok Milcenty Bulstrode.
Teodor Nott obok Dafne Greengrass.
Dracon Malfoy obok Astorii Greengrass.
Zabini Blaise obok Pansy Parkinson.
I nagle olśnienie spada na nią z całą mocą. To nie jest drzewo genealogiczne. To lista nowożeńców.
- Nie mamy wyboru – słyszy z daleka głos Blaise’a. – I nigdy nie mieliśmy. Postaram się coś zrobić, ale… Tak bardzo cię przepraszam…
To ostatnie co Ginny słyszy zanim upada na posadzkę.
Nie może być. Przecież ja go kocham.
·          
- Oddaj to!
- Nigdy! Wyrzuciłaś mojego kurczaczka do śmieci!
- Był cały oblepiony tłuszczem, idioto!
- Takie są najlepsze!
Pansy pojawiła się na szczycie schodów owinięta ręcznikiem i z chęcią mordu w oczach. Jak on śmiał? Żeby tak zabierać jej ubrania? Przecież to był szczyt szczeniactwa i złych manier! O nie, ona go po prostu zabije! Co prawda, mogła przywołać sobie nową piżamę żeby się przebrać po prysznicu, ale nie zamierzała mu puszczać  tego płazem. Tu chodziło o zasadę!
- Natychmiast oddaj mi koszulkę! – krzyknęła ze złością na rudzielca opierającego się nonszalancko o poręcz schodów. Zaśmiał się, potrząsając lekko ręką ze starą koszulką Manchesteru United i rozciągniętymi spodniami od dresu.
- A co? Spodenki mogę sobie zatrzymać? – Pansy zawrzała w środku. Kiedy on się tak zmienił? Zawsze był głupim idiotą, czemu teraz stał się wrednym i głupim idiotą?
- Zaraz tam do ciebie zejdę, a jak zejdę to…  Pansy zaczęła schodzić po krótkich schodach, lecz nagle urwała zdanie, ponieważ jej pozbawiona obuwia mokra stopa postanowiła poślizgnąć się na chłodnych marmurowych płytach. Dziewczyna zaczęła spadać i niechybnie skręciła by sobie kark, gdyby nie pewien chłopak czekający na nią na dole. Złapał ją lekko, tak że jej nos znalazł się trochę nad linią jego obojczyków. Ładnie pachniał.
A do tego jeszcze się jej ręcznik nie rozwiązał.
- Masz czas, żeby sobie spadać ze schodów, ale żadnego żeby pouczyć się o tolerancji – chłopak wypowiedział to zdanie niby mimochodem, ale w jego oczach widać było zmieszanie i strach. O nią?
Pomógł jej stanąć stabilnie na dwóch nogach. Stali tak w niezręcznej ciszy, żadne z nich nie wiedziało co powiedzieć. W końcu chłopak wyciągnął rękę z ubraniami.
- Masz. To rzeczywiście było trochę dziecinne, przepraszam.
Przyjęła od niego ubrania, przypadkiem dotykając jego dłoni. Miał bardzo duże dłonie; suche i ciepłe.  Co ona teraz miała zrobić? Od odpowiedzi na to pytanie wybawiła ją sowa pukająca w okno. Oboje spojrzeli w tamtą stronę. To był biały puchacz z dworu Malfoy’ów zabawnie przekrzywiający główkę.
- Do ciebie czy do mnie? – odezwał się Ron.
- Sprawdźmy razem – westchnęła Pansy, podchodząc aby odwiązać karteczkę. Ładną kaligrafią było napisane na wierzchu: Dla Pansy i Rona, więc dziewczyna pozwoliła sobie otworzyć zrulowany pergamin.
- Co tam jest? – spytał się jej Ron, zaglądając jej przez ramię.
- Przecież czytam – warknęła, przebiegając wzrokiem po linijkach. – Drodzy Pansy i Ronie, prosimy was o szybką odpowiedz; o co chodzi w tym tekście?  Sądzimy że to przepowiednia, ale nie potrafimy jej zrozumieć. Czekamy na waszą sowę.
To, co było napisane dalej zmroziło krew  w żyłach dziewczyny.



[i] Wiem, że nagle zmieniam Draco w czułego przystojniaka z burzą włosów i tendencją do nazywania dziewczyny zdrobniale, ale to celowy zabieg stylistyczny ponieważ Draco jest zszokowany i ujawniają się po części jego prawdziwe myśli i uczucia.
Ej. Zupełnie jakby się upił.

niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział dwudziesty trzeci cz.2

Okay, moi kochani! Druga część rozdiału jest dość nietypowa, ale coś mnie tak podkusiło. Zresztą zamierzam napisać takim stylem opowiadanie na konkurs, więc ćwiczyłamXD
LOCA WRÓCIŁA!!!! CIESZMY SIĘ I RADUJMY, PRZECINKI UCIEKAJCIE!
Nom, ale rozdział jeszcze nie sprawdzony, bo muszę zaraz zmykać.
Hey,przeprowadzę niedługo ankietę. Znaczy, jak ogarnę jak to wstawię z boku jeszcze dziś. 
Całuski!
Wasza mocno zakochana S.I.H.25

Droga Ginny!
ON MNIE DOPROWADZA DO SZAŁU!!!
Czuję się taka… zamknięta w tym wielkim zamczysku. Tu każdy kamień jest szary, okna są wysokie do sufitu, lecz mimo to światło tu nie zagląda. To ma być domek letniskowy? To grób! Grób z którego nie wolno mi wychodzić, „żeby ktoś mnie przypadkiem nie zobaczył”. Nawet na prywatną plażę! Powiedział, że nie będziemy mogli was odwiedzić. Co ja zrobię? Och, droga Ginny, na dodatek zdarzyła się rzecz straszna. Kiedy przybyliśmy dwa dni temu, nadal byłam nieprzytomna. Jak wiesz, miałam na sobie krew, brud i inne takie, jakieś tam ranki na całym ciele… trzeba było mnie umyć, zdezynfekować, uleczyć… A u was też nie ma skrzatów, prawda? Merlinie, mam ochotę rzucić się z tej wieży co jest tutaj! Niestety, to pokój Dracona.
A wracając do tematu…  A CO JEŻELI WIDZIAŁ MOJE ZNAMIE NA PUPIE? TO W KSZTAŁCIE PIESKA?
To trochę upokarzające, nie sądzisz? Bycie mytą przez chłopaka, któremu kiedyś dałam w twarz, a teraz jest moim najlepszym przyjacielem?  Na nic się w końcu innego nie zanosi. Zachowuje się jakby tych pocałunków nie było… jakby nie zaciągnął mnie w ciemny zaułek na balu, nie patrzył na mnie…  tym wzrokiem. A co jeżeli ja się w nim zakochałam? Ginny, po raz pierwszy wymówiłam to zdanie w myśli o nim i jestem tak bardzo przerażona, że to może być prawda.  Nie chcę! Będę cierpieć z powodu nieodwzajemnionej miłości... Maszę szybko wymyślić jakiś plan!
Ginn, kochana! Byłam w tym miejscu, gdzie osądzane jest całe dobro i zło twojego życia. Ty też tam byłaś, prawda? Jak ono wyglądało dla ciebie? Moje było szaro-brązowe… z morzem, górami w oddali, mnóstwem morskiej trawy.  Było piękne, spokojne, lecz takie samotne… jakby nikt nigdy tam nogi nie postawił. A potem przyszła ona, Hekate. To ona cię uratowała, kiedy ty… nieważne. Sęk w tym, Ginny, że ona jest mną, a jestem nią. Cała ta historia… och, nie jestem nawet w stanie przelać tego na papier! Ginn, ja się boję. Ona obiecała, że tego nie zrobi, nie przejmie mojego ciała, ale boję się, że pewnego dnia się obudzę i już nie będę mną. A na razie… Śmierć Luny nadal do mnie nie dociera, ale już coś boli, jak malutkie drzazgi wbite w serce. Czy to strata?
Znowu ci smęcę. Wiesz, jest jedna weselsza część tego miejsca; biblioteka. Tu są setki książek! Historia Hogwartu to nic w porównaniu z paroma książkami, które tu znalazłam. I wreszcie… w jednej z nich było drzewo genealogiczne mojej rodziny, prawdziwej rodziny. To też wytłumaczę cię niedługo. A moja matka… Była piękną kobietą, a mój ojciec miał takie same zęby, jak ja miałam. I jeszcze jak je pokazywał do zdjęcia!
Chciałabym ich poznać. Chciałabym wiedzieć jakimi byli ludźmi. Czy to źle? Powinnam zająć się tym co mam? Mam irracjonalne poczucie, że jeżeli dowiem się, jacy oni byli, to zrozumiem kim ja jestem. Cóż. Jestem kim jestem, powiesz, prawda?
Całusy, Ginn i odpisz szybko!
Hermiona
PS: A jak tam z Blaisem? Czy może wolę nie słyszeć, żeby nie rzygać przed śniadaniem?
PPS: Właśnie to od nowa przeczytałam i stwierdziłam, że nic nie zrozumiesz. No cóż. Trudno, wytłumaczę ci przy najbliższej okazji.
·          
Droga Hermiono!
Rzeczywiście, nic nie rozumiem. Bawiłaś się znowu eliksirami, czy co? Jak to twój ojciec? Twoja matka? Przecież… chyba nie chcę rozumieć. I wiesz, że jesteś kim jesteś, tą  samą Hermioną Granger, którą byłaś zanim dowiedziałaś się o… swoich czarodziejskich rodzicach, cokolwiek to znaczy. I pomimo straty Luny. I pomimo Hekate, która „ jednak nie chce przejąć twojego ciałą”.  Ech, pomimo tej twojej osławionej inteligencji potrafisz być naprawdę głupiutka. I zawile pisać.
Ale Hermiono, czy jestem złym człowiekiem, jeżeli mimo śmierci Luny ja cieszę się życiem? Ja… jestem szczęśliwa, widząc Blaise’a każdego ranka, kiedy przynosi mi śniadanie i uśmiecha się tym uśmiechem. Nawet jeżeli czuję, że gdzieś została cząstka mnie. Po tym… rytuale, nie jestem już w całości sobą, po tym jak wróciłam z zaświatów, myślę, że został tam kawałek mojej duszy. Myślisz, że to minie? To smutne uczucie: jakbym straciła nie tylko Lunę, ale i coś cenniejszego. I za  każdym razem, kiedy widzę Zabini’ego, to uczucie znika. Znów jestem szczęśliwa. Więc nie rzygaj.
Przepraszam, ale nie mogę przestać się śmiać. Musiał cię umyć? Straszne! Hermiona, powstałaś z martwych. Wyobraź sobie, że bycie mytą przez faceta, który Ci się podoba nie jest końcem świata. Tak, podoba Ci się i przestań smęcić. Obie to wiemy. A jak martwisz się pieskiem to się go zapytaj.
Kiedy możemy się spotkać? Musisz koniecznie mi wszystko wyjaśnić!
XOXO
Ginny
Ps. Masz jakieś wieści od Rona? Boję się że mu mopsica wydepiluje rude kłaki z nosa, czy coś.
·         
Droga Hermiono!
 Koniecznie musicie mnie stąd zabrać. Ta mopsica doprowadza mnie do szału! Wmusiła we mnie sałatkę z kurczakiem bez panierki. Jak można jeść kurczaka bez panierki? To wbrew naturze! I wszędzie czuć te jej perfumy o zapachu aronii… To znaczy, tak myślę że to aronia. Szału można dostać.
Hermiono, chcę przeprosić. Zachowałem się jak kompletny palant, rzucając Cię. To znaczy, wiem, że pewnie nie chcesz do mnie wracać, ale chcę, żebyś to wiedziała. Myślę, że wciąż cię kocham.
Z całym sercem
Ron
PS. Nie odpisuj
·          
Blaise,
Myślę że ona mnie nienawidzi. To boli, wiesz? Odrzucenie. Pewnie twoja rudziutka Ginny cię nie odrzuca, a ja czuję się ignorowany przez najważniejszą kobietę w moim życiu. Smutne to trochę. Zwłaszcza jak wchodzę do biblioteki, widzę jak ona jest szczęśliwa, raz to wodząc palcem po grzbiecie jakiegoś tomiszcza, raz wdychając zapach samego środka książki i zabawnie kichając… Marszczy wtedy nosek jak myszka. Ale najpiękniejsza jest, kiedy się śmieje, a jej perlisty śmiech wypełnia całe pomieszczenie od góry do dołu!
Myślę, że ją kocham.
Draco
·          
Draco, kumplu mój
CZY DO KOŃCA CIĘ POJEBAŁO?
     Blaise
Ps. Nie zwariuj. I nie obserwuj jej cały dzień, dwie godziny wystarczą.
·          
Draco!
Składam reklamację gościa. On je tylko tłuste rzeczy! Przecież to fatalnie robi na cerę.
Nie wymienisz się na Mionkę, prawda? Lubię ją bardziej od tego gbura…
Całuski!
Ozdrowiona Pansy
·          
Moja kochana Pansy
Nie. Rona nie miałbym ochoty oglądać dzień i noc.
Draco.
·          
Ginny…
Jestem pewna, Zakochałąm się. Nie w Ronie, nie w Nocie. W Draconie. On tego nie wie, ale słuchałam jak on gra.  Na skrzypcach, choć fortepian też tu jest. Grywa Bacha, Vivaldiego, Stradivariusa, a nawet przeróbki Szopena na skrzypce. Rozumiesz, Ginny? Mojego ukochanego Szopena![i]
On gra tak bardzo pięknie.
Gdzieś pląsająca w chmurach Hermiona.




[i] Nie, wcale nie mam przezwiska SzopenXD