sobota, 9 listopada 2013

Rozdział dwudziesty trzeci - Wieści z gazety cz.1

A więc! Nieładnie tak pisać tylko pięć komentarzy, więc wstawiam tylko połowę rozdziału.
A o Locę zaczynam się poważnie martwić. Chyba zdezerterowała; no cóż, smutno.
Pewnie zaraz zauważycie, że zmieniłam narrację. Piszę teraz w pierwszej osobie, ale jeżeli stwierdzicie, że lepiej było ja pisałam w trzeciej, to napiszcie, proszę:)
Aww, wich you were here!
S.I.H.25

 Zbiegłam po wielkich, marmurowych stopniach. Ich zimno kaleczyło moje bose stopy, posyłając w górę nerwów sygnały, abym natychmiast założyła coś na siebie. W sumie to przynajmniej miałam na sobie satynowy szlafrok, powiewający jak jakaś parodia peleryny, nawet jeżeli w tej chwili nie chronił mojego ciała ubranego w coś co przypominało krótką koszulę nocną. Kto to w ogóle na mnie włożył?
U podnóża rozłożystych schodów przystanęłam i rozejrzałam się, ciężko łapiąc oddech. Nie miałam zielonego pojęcia gdzie on może być.
- Draco!- zawołałam, a, mój głos poniósł się echem po wielkim holu. Tu musiało być z tysiąc pokoi.
I jak ja w tym labiryncie mam się znaleźć! Ugh!
Szłam więc jedną ręką cały czas trzymając się ściany, w drugiej kurczowo ściskając gazetę. MARTWA UCZENNICA HOGWARTU, SIEDMIU INNYCH ZNIKNĘŁO – taki był nagłówek Proroka. Nie napisali kiedy, nie napisali dlaczego. I właśnie tego chciałam się dowiedzieć, zanim moje serce rozpadnie się na kawałki, i nie będę miała siły na zemstę.
- Draco? – spytałam cicho na widok jedynych uchylonych drzwi. Pchnęłam je i weszłam.
Znalazłam się w dużym pomieszczeniu, bibliotece, jak stwierdziłam. W kominku wesoło trzaskał ogień. Ściany były wysokie, ciemnozielone, a krwistoczerwone kotary zasłaniały wielkie okna. W pokoju było mnóstwo fotelików, biurek i pustych kubków po kawie oraz kieliszków po mocniejszych trunkach. A pod ścianami ciągnęły się regały wykonane z ciemnego drewna, a na każdy z nich uginał się pod ciężarem dziesiątek książek. Było tam pięknie. A tego obrazu dopełniał jasnowłosy młody mężczyzna siedzący po turecku na samym środku i patrzący się na mnie jasnoszarymi oczami.
- Hermiono – powiedział, zaginając róg książki i zamykając ją. Śledziłam to wzrokiem. Nie wolno tak krzywdzić książek. – Nie wiedziałem, że się obudziłaś.
- Co to jest? – spytałam, podnosząc gazetę. Musiałam mieć szał w oczach. Musiałam wyglądać jak szajbuska bez butów.
Gówno mnie to obchodziło.
- Usiądź, proszę – westchnął. Wyglądał odrobinę smutno.
- Wiesz coś o tym? – powoli się zbliżałam, brodząc w wysokim i puszystym dywanie. – Wiesz, czemu zginęła?
- Opowiem, jak usiądziesz – w jego głosie zabrzmiała stalowa nuta. Posłusznie usiadłam (z gracją przewracającego się słonia) na podłogę przy kominku. Dopiero też zanotowałam, że w kącie gra radio.
And you, will be lying on the beach,
Spying stars on the sky,
Thinking about this, what’s gone
And will never come back,
You’ll be spying souls in late-night air.[i]
Cały. Wszechświat. Był. Po. Prostu. Przeciw. Mnie.
- Kiedy przestałaś oddychać… - urwał i wziął głęboki oddech. – rzuciliśmy się wszyscy do ciebie. Wszyscy, bo Ginny, Pansy, Ron… byli zdrowi. Puff, znaki zniknęły! I zanim znów… powróciłaś do żywych czy coś, ona zniknęła.
- Ona? – Hermiona zmarszczyła nosek.
- Morgana. Zniknęła. Prawdopodobnie nie miała siły by nas zaatakować. Ale, Hermiono… paręnaście minut później rozpętało się piekło. Najpierw, usłyszeliśmy krzyki dobiegające z wielkiej Sali. Nie słyszałaś ich, byłaś nieprzytomna. A one naprawdę były straszne, jakby ktoś zginął. Cóż, bo zginął. Ona… wpadła na salę i zaczęła miotać zaklęciami. Luna, widząc Harry’ego – jakże mogła wiedzieć kto to! – Próbowała do niej podejść. Trafiło ją zaklęcie, Morgana już nie bawiła się w kołą Hekate. I potem… akurat kiedy przybiegliśmy… spojrzała na jej ciało, zaczęła się śmiać i zwyczajnie znikła.
Przestał mówić jakby ktoś mu przeciął struny głosowe. W jego oczach widać było ból. Co ciekawe, naprawdę polubił Lunę z którą siedział na zaklęciach w tym roku. Była także jego przyjaciółką.
Dlaczego jej nie zabiliście?- Chciałam zapytać. Jednak sama sobie na to odpowiedziałam. Harry. Chronili Harry’ego.
Co za przebiegła suka!
- To nie twoja wina – wyszeptałam więc tylko.
- Obawiam się, że poświęciłbym Harry’ego żeby Luna mogła żyć – wpatrywał się w swoje dłonie jakby szukał plam krwi z czasów, kiedy był śmierciożercą. Nagle zrozumiałam, że nie ma jednego Dracona Malfoy’a. Było ich dwóch – zabawny i czarujący Draco oraz mroczny, gniewny i złośliwy Malfoy. Nagle podniósł głowę, wpatrując mi się prosto w jej oczy. – Zrobiłabyś to samo. Ale teraz czas na moje pytania. Dlaczego wróciłaś? Jak wróciłaś?
Patrząc w te pełne bólu i niezrozumienia tęczówki poczułam coś, czego nie da się opisać. Ale była w tym czułość. Współczucie. Namiętność. Zaufanie. Oddanie. A nawet nutka nienawiści.
Może to nazywano miłością?
- Wszystko zaczęło się od Hekate – usłyszałam swój głos. Opowiadałam mu o niej. O naszym przodku, aniołach i demonach, wojnie między dwoma przyjaciółkami. Opowiadałam mu o tym, że nie wiem, gdzie kończy się szara kujonica Hermiona Granger, a zaczyna najpotężniejsza czarownica w dziejach świata Hekate.
Kiedy skończyłam, zareagował dokładnie tak samo jak ja.
- Ej, ale my nie jesteśmy spokrewnieni? – zmarszczył brwi. Mimo woli uśmiechnęłam się.
- Nie. Jesteśmy całkowicie nie-spokrewnieni – nadal się uśmiechałam. Czy to znaczyło, że mu na tym zależało? Jakby czytając w moich myślach, odezwał się zmieszany.
- To dobrze, bo co do wczorajszego wieczoru… to co zrobiłem, było karygodne. Pewnie wypiłaś trochę za dużo kremowego piwa… musieli dodawać tam czegoś mocniejszego. Tak. Nie myśl, że ja… to znaczy, ty nie chciałaś, ja tylko… Przepraszam – nie patrzył na nią.
Poczułam się jakby mnie ktoś zdrowo walnął w głowę. On myśli, że byłam nietrzeźwa? Sugeruje, że ja tego nie chciałam? Już miałam otwierać usta aby wyrazić swój sprzeciw, ale…  nagle poczułam się niepewnie. Z jego chaotycznej paplaniny wynikało, że on chciał mnie pocałować, lecz teraz myślał, że ja nie chciałam. A co jeżeli nie to miał na myśli?
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? – pytam więc.
- W moim domku letniskowym – to miał być domek letniskowy! Na Merlina! –Nie martw się, sprawdzali go już. Nie wiedzą, że jesteśmy tutaj.
- A czemu jesteśmy tutaj?
- Ponieważ Morgana pewnie będzie chciała dokończyć dzieło. – Powiedział grobowym tonem.
- Och. – no tak. Mogłam się domyślić. – A Ginny, Blaise, Pansy, Ron? Co z nimi?
- Są pare kilometrów stad, Pansy i Ron na zachód stąd, Ginny i Blaise na wschód. Prosili, żebyś posłała im sowy jak się obudzisz. – Ponownie zaczął czytać. To było wysoce niegrzeczne.
-Nie odwiedzimy ich?
- Nie. To zbyt niebezpieczne. – Ignorował mnie. On naprawdę ją ignorował! Odwróciłam się aby wyjść i popłakać trochę ze złości i bezsilności w moim pokoju, ale w drzwiach przypomniałam sobie o jednej rzeczy.
- A, Draco – podniósł głowę. Skubnęła koronkę satynowej koszulki nocnej którą miała na sobie; jego oczy natychmiast podążyły za tym ruchem. Ciekawa władza. – To coś, co mam na sobie… Dlaczego nie jestem w swoich ubraniach?
- Cóż… - Dlaczego nagle był taki czerwony? – Była całą podarta i we krwi, więc… Ktoś musiał cię umyć i przebrać, a żadne z nas nie mogło zawołać skrzata… rozumiesz…
O Boże.
Odwróciłam się i wyszłam z pokoju czując pieczenie na policzkach.


[i] I ty, będziesz leżał na plaży,
Wypatrując gwiazd na niebie,
Myśląc o tym co jest stracone
I nigdy nie wróci,
Będziesz wypatrywać dusz w nocnym powietrzu

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział dwudziesty drugi - Hekate, czas na wyjaśnienia.

Betooo, moja betooo gdzieś ty się podziała? Gdzieś ją wcięło i straszę was przecinkami:DD Rozdział ma m nadzieje wyjaśnia wszystko – starałam się pisać… rzeczowo. Tyle że połowę pisałam na czekoladowym haju więc nic nie obiecujęJ
A na dodatek boli mnie brzuch:C
Wieeeem, że krótki, ale za to trochę więcej treści:D Ostatnio mam coraz mniej czasu... Resztę dziwnych, skomplikowanych akcji dociągnę w następny rozdziale.
Mordka, Hagridziątka!
·          
Hermiona otworzyła oczy.
Nie wiedziała gdzie jest. Nie znała zapachu tej poduszki, odcienia baldachimu, cichego tykania zegara, którego dźwięk był w jakiś sposób inny niż ten który zapamiętała. Nie rozpoznawała też faktury śliskiej satynowej pościeli i zbyt miękkiego jak dla niej materaca. Wsparła się na łokciach, oceniając wzrokiem pomieszczenie.
Była w pokoju, sypialni jakby połączonej z bawialnią. Kolorystyka pokoju była pastelowa, ściany w odcieniu chłodnego błękitu, a meble zostały wykonane z jasnego drewna bukowego. Przez przestronne okna wpadało wiele światła tańczącego w kryształowych karafkach na stoliku. W rogu stał biblioteczka pełna książek. Hermiona poczuła natychmiastową potrzebę obejrzenia ich. Wysunęła się z łóżka – dopiero teraz zauważyła jakie było szerokie, spała jak księżniczka na ziarnku grochu! – i zakładając w roztargnieniu szlafrok leżący wcześniej przy łóżku. Przeciągnęła palcami po wytłaczanych złotymi literami grzbietach książek. Zaraz… Znała te tytuły! Oliwer Twist, Dwie Królowe, Opowieści z Narni, Rekrut, Władca pierścieni Felix, Net i Nika…[i] To były znane i nieznane książki, poważne i lekkie, dorosłe i młodzieżowe. Jednak łączyło je jedno – były ze świata mugolskiego.
Hermiona poczuła konsternację. Czyżby znalazła się w mugolskim domu? Nie… Na ścianach wisiały obrazy, a dziewczyna widział jak otwarcie mrugają i podśmiechują się z niej. Mocniej opatuliła się szlafrokiem. Zawsze była przeciwna obrazom w sypialniach. Co z tego, że te osoby były martwe? Gołe, nieogolone nogi to gołe, nieogolone nogi!
Zaraz, nie rozpoznawała tych postaci. Myślała, że zna podobizny wszystkich czarodziei? Może po prostu ci nie wsławili się niczym szczególnym, byli po prostu członkami jakiejś rodziny czystej krwi. Zaczęła przechadzać się wzdłuż krótkiej galerii. Wkrótce zauważyła wspólne cechy: wszyscy mężczyźni mieli te wysokie kości policzkowe i jasne, najczęściej długie włosy, kobiety długie proste nosy i szpiczaste podbródki; większość z nich miała stalowoszare oczy.
Oczy pewnego chłopaka, który, choć zdecydowanie młodszy, spoglądał na nią z ostatniego portretu.
Tak, to dom Dracona.
Hermiona podskoczyła zaskoczona. Co… a potem wspomnienia zalały ją. Wszystkie, co do jednego, cały ich sens.
Jesteś! Bałam się, że zniknęłaś… Merlinie, jak dobrze, że jesteś!
Dobrze? Dla kogo niby? Jestem pasożytem w twojej głowie – Głos była wyraźnie smutna i zirytowana.
To… nieważne. Tak bardzo chciałam cię przeprosić… wyjaśnić, dlaczego postępowałam tak, a nie inaczej.
No słucham. Miałaś prawo zapomnieć wszystko… ale instynkt ci nie mówił, żebyś nie szła w stronę światła?
To nie jest takie proste. Ja… w tamtym miejscu rozumiałam, że zachwiałyśmy równowagę. Że nie wolno tak po prostu powracać z martwych.
Ofiarowałaś swoje życie za trzy inne. Równowaga została zachowana!
To.. skąd ty to w ogóle wszystko wiesz?
Siadaj. Opowiem ci moją historię.
·          
Zaczęło się… na samym początku. Bóg –Allach, Zeus, nazywaj go jak chcesz, to jedna i ta sama osoba – stworzył ziemię, ludzi i… anioły. W mitologiach były to pomniejsze bóstwa, Posejdony i inne takie. Ja byłam Amy[ii], Hekate, pani astrologii i sztuk wyzwolonych. Dlatego utożsamia się mnie z księżycem i magią. I żyłam szczęśliwie w raju, mając swoje miejsce, uwielbiając Boga… ale czegoś mi brakowało. Nie miłości, jej tam było od groma i trochę! Teraz już wiem co to było: przywiązanie, inny rodzaj miłości – taki w którym pomimo wad starasz się być lepszy i lepszy dla przyjaciół, rodziny, kochanka. Brakowało mi samodoskonalenia.
Kiedy rozegrała się Wielka Bitwa, walka między Lucyferem a Bogiem, nie chciałam przybierać żadnej ze stron. Ale później pomyślałam: A może dołączę na końcu? Ześlą mnie na Ziemię! To będzie coś nowego! Byłam głupia, tak. Ale pocieszam się tym, że nie zabiłam żadnego mojego brata i żadnej siostry.
Na Ziemi odeszłam od Gwiazdy Porannej i zaczęłam wieść żywot na Ziemi. Poznawałam ludzi, czasami im pomagałam, czasami utrudniałam życie. Zgłębiałam nauki Ziemskie i poznawałam gwiazdozbiory od ludzkiej strony, rosłam w siłę, tworzyłam zaklęcia. Spotkałam jeszcze paru aniołów którzy odłączyli się od Władcy Piekieł. Powiedzieli mi, że anioły upadają coraz częściej, zwiedzione pięknością śmiertelników i śmiertelniczek; ich dzieci tworzyły rasę Nefilim, której Bóg nie był przychylny, choć pozwalał żyć.
Paru z nich zakochało się w ludziach, lecz bało się kary Boskiej. Nie rozumiałam ich wtedy jeszcze, ale postanowiłam im pomóc. Widzisz, podczas nauk stałam się czymś więcej niż tylko aniołem. Byłam pierwszą i najpotężniejszą czarownicą. I na swoje podobieństwo utworzyłam z aniołów jedenastu czarowników, stracili oni skrzydła, zdolność tworzenia z niczego, długowieczność  jaka mi została, zyskali mądrość. Nadal mieli dobre kontakty z Bogiem, a ich dzieci mogły nie żyć w ciągłym strachu.
Nie wiń mnie za to, że zabawiłam się w Stwórcę, dałam im czego chcieli! To był dobry uczynek. Tylko nie przewidziałam tego co potem nastąpi.
Część nowopowstałych rodów czarodziejskich miała dobry charakter odziedziczony po anielskich przodkach. Ale trzy rodziny myślały tylko o sławie, bogactwie i przepychu; niedługo później zaczęli nienawidzić mugoli, jak sami ich nazwali. Przekonali pozostałe rody, aby zniknąć z tego świata i stworzyć własne społeczeństwo. I zgodzili się, a czarodzieje na pare stuleci zniknęli z kart historii.
I wtedy pojawił się o n.
Z początku go wręcz nie lubiłam. Bogaty panicz, zadzierający nosa kobieciarz, który nie zwraca na nic uwagi. To była Grecja, jakieś dwa wieki przed naszą erą. A później… Później, w wyniku.. pewnego zbiegu okoliczności, zobaczyłam jego bibliotekę. Ileż tam było książek! I przeczytał  je wszystkie, co do jednej. A dwa miesiące później zobaczyłam jak bawi się z dziećmi siostry, jak wkłada w to całe serce i pozwala robić z siebie głupca, byleby tylko były szczęśliwe! Polubiłam go. Nasza miłość rozwijała się powoli, ale z dnia na dzień robiła się coraz mocniejsza. Wzięliśmy ślub. Uwielbiałam siadać przy palenisku i patrzeć na jego prosty profil, na te szarawe oczy skupione na tekście i grzywę blond włosów opadających na czoło.
Domyślasz się o kim mowa. O przodku chłopaka w którego domu jesteś, Nikostracie Malfoy’u. Chociaż wtedy jeszcze nie mieli takiego nazwiska.
Był człowiekiem, zwykłym bogatym człowiekiem, któremu nie mogłam powiedzieć prawdy o mojej anielskiej przeszłości. Ale, Hermiono jakże byłam szczęśliwa, przykładając rękę do brzucha i czując kopanie naszego nienarodzonego jeszcze synka!
Morgana była wtedy moją przyjaciółką, jedną z anielic które przemieniłam. Za pomocą magii sprawiła, że ukochana przeżyła tyle lat zachowując młodość.
Dziewczyna? – szepcze zdziwiona Hermiona. Anielica i ludzka dziewczyna? To się w głowie nie mieści!
Tak. Morgana i jej partnerka, w ówczesnym czasie służąca, były safonistkami.
Safonistkami.
Lesbijkami, jak wy to ordynarnie nazywacie.
W każdym razie, zazdrościła mi, że mogę mieć dziecko, a ona nie. Więc… postanowiła mnie wydać. Bogu. Widzisz, zmieniłam siebie, ale nie ich. Wciąż byłam anielicą. I tu Bóg miał ambaras, bo nawet w swojej nieskończonej mądrości nie wiedział jak nas osądzić. W końcu wydał wyrok. Ja miałam na wieki żyć w innych ciałach, przez okres dziecięcy będąc tylko obserwatorem, a on… miał zniknąć. Na zawsze. Nie być w piekle, gdzie mógłby się odrodzić; jego dusza została na zawsze wypisana z Wielkiej Księgi.
 Ale dał nam jeszcze jedną noc razem. Żarliwie żegnaliśmy się w zaciszu naszej komnaty, a kiedy on zmęczony usnął na wieki wraz z pierwszymi promieniami słońca, wysunęłam się spod nakrycia, pocałowałam naszego parumiesięcznego synka i wyszłam dokonać zemsty.
To ja stworzyłam klątwę koła Hekate.
Specjalnie sprawiłam, aby cierpienie trwało długo. Chciałam żeby ona cierpiała tak jak ja cierpiałam. Żeby patrzyła na śmierć jej miłości.
A sama znikłam. Nasz młody Nikander miał dobrą opiekę, zadbałam o to. Wychował się wiedząc, że jest czarodziejem. Ród Malfoy’ów miał się dobrze.
Chcesz powiedzieć… że jestem spokrewniona z Draco?
Och, nie! Najwyżej w takim stopniu jak spokrewnione są wszystkie czarodziejskie rodziny.
Jak to się stało? Dlaczego dorastała wśród niemagicznych ludzi?
Historia twojej rodziny jest… smutna. Widzisz, do niedawna istniał jeszcze jeden czarodziejski ród. Stellargold. Jednak pare dni po twoich narodzinach zdarzył się straszny wypadek. Ktoś… iskra poleciała na drewnianą ścianę i spowodowała pożar. Nikt nie przeżył, tylko ty. Ale o tym nie wiedziano, rodzinę Stellargold uznano za wymarłą. A tymczasem ty zostałaś znaleziona przez pewną parę mugoli przechadzających się po błoniach wiosek. Sami stracili niedawno córkę i byłaś dla nich prezentem losu. Kochają cię bardziej niż możesz to sobie wyobrazić…
Po policzku Hermiony spłynęła pojedyncza łza.
Wiem,  że mnie kochają. Są moimi rodzicami. Chciałabym poznać ludzi z których się wzięłam, ale… To chyba nie ma znaczenia. Miłość nie musi brać się z krwi, prawda? Jak ja kocham Ginny, Rona, Harry’ego, Lunę… Dracona. Właśnie! – martwieje z przerażenia – Co z nimi?  Zdjęłam klątwę? Morgana zginęła?
Oczywiście, że zdjęłaś z nich klątwę. Inaczej byś nie umarła. A Morgana… To nie było śmiertelne zaklęcie Hermiono. Nie wiem co się z nią teraz dzieje. I nie wiem, czy nadal jest w ciele Harry’ego.
O Merlinie… Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa! Ginny! I będzie mogła być z Bleasem, i będą mieli piękne, zdrowe dzieci! Na Merlina!
Ich rozmowę przerywa pukanie w okno.  Hermiona podeszła do niego i zmarszczyła  czoło widząc sówkę ze zwiniętą gazetą. Ona jej nie zamawiała. Zapłaciła sowie i rozwinęła gazetę. Ukazałojej się zdjęcie martwej dziewczyny. Powoli podniosła rękę do ust.
- Luna..? –szepcze.
Martwą dziewczyną jest Luna.


[i] Charles Dickens, Gregory Philippa, C.S. Lewis, Robert Muchamore, J.R.R. Tolkien, Rafał Kosik
[ii] Aż mnie dreszcze przeszły! Otwieram upadłe anioły, patrzę na jedno imię i wiem że to musi być to. I co astrologia i sztuki wyzwolone? Magia i księżyc? Brrr…

piątek, 25 października 2013

Informacja

Jako że, hmm. komentujecie mi ciągle o tym, że nie rozumiecie o czym piszę, chciałabym żebyście napisały mi tutaj co mam wyjaśnić w następnym rozdziale. Ma on i tak wyjaśniać wszystko, ale chciałam się upewnić, żebyście wszystko już miały obcykane.
Piszcie, proszę w komentarzach pod tą informacją:D
Prosiłabym was też o taką liczbę komentarzy, ile jest obserwatorów, liczba jest wyświetlona na dole strony. Dziękuję!
XoXo,
S.I.H.25

sobota, 19 października 2013

Rozdział dwudziesty pierwszy - Raz, dwa... Zasady są po to, żeby je łamać

No jestem:D
Taak! Dziesięć tysięcy wejść, mordeczki wy moje:D Idealny prezent na urodzinki (tak, to było wczoraj! Stara ja!)
Miałam problem z napisaniem tego rozdziału... cóż, wyszło jak wyszło. krótki, długo na niego czekałyście... przepraszam, ale będzie cud jak cokolwiek napiszę w tym stanie dobrego. A jeszcze mi się część usunęła...To smutne. Przepraszam że tak późno...
v   
Hermiona zadrżała i spojrzał z lękiem na chłopaka stojącego przed nią.
Draco – szepnęła. Wiedziała jak musi wyglądać, widziała to w jego oczach. Miała porozrywaną sukienkę, włosy w nieładzie, na obojczykach zastygała jej krew. Nie obchodziło jej to. Nie obchodziło jej to, że chłopak do którego uczucia się bała patrzył. Rozpłakała się.
Silna przez tyle czasu Hermiona Granger załamała się.
- Ciii – szepnął Draco, w dwóch krokach znalazł się przy niej i zamknął ją w stalowej klatce swoich ramion. Hermiona zgniotła pod palcami materiał jego koszuli i wciągnęła mydlany, piżmowy zapach lekko spoconego męskiego ciała. Był przy niej, był przy niej naprawdę. I był przez cały ten czas… Kiedy Hermiona zdała sobie z tego sprawę, zaszlochała jeszcze mocniej. – Cii – chłopak pogładził ją po plecach.
Stali tak przez chwilę w ciszy zakłócanej jedynie nierównomiernym oddechem dziewczyny.
- Jak się tu znalazłeś? –spytała go, kiedy była w stanie wykrztusić z siebie cokolwiek.
- Szukałem cię – przytulił ją niezauważalnie mocniej i zaczął bawić się jej kosmykami. – Widziałem, że Nott jest pijany, a ty tak zniknęłaś… - urwał, a jego oczy pociemniały. – Ale dlaczego walczyłaś z Harrym? Jest idiotą, ale to nie powód, żeby cię atakować?
Hermiona opowiedziała mu o wszystkim.
- Chcesz powiedzieć – spojrzał się na nią z przestrachem – że po szkole grasowała nam  jedna z najpotężniejszych wiedźma wszechczasów w ciele wybawiciela całego świata magicznego która ma jakiś żal do osoby mieszkającej w twojej głowie, a teraz leży obok nas powalona zwykłym zaklęciem oszołamiającym, ponieważ musi się dostosować  do standardów ludzkiego ciała?
- Mniej więcej – przytaknęła Hermiona.
- Czekaj – Draco zmarszczył brwi – Dlaczego nazwała cię He?
- Też nad rym myślałam – skrzywiła się – ale nic nie wymyśliłam. Może po prostu skrót od Hermiony? Chciała odróżnić mnie od niej?
- Nie sądzę – mruknął Draco. Hermiona spojrzał na niego zdziwiona, ale nie powiedział nic więcej.
Slizgonce nagle coś się przypomniało.
- Która jest godzina?! – wyrwała się z uścisku chłopaka i spojrzała na jego zegarek – O Merlinie! Już prawie północ! Mieliśmy się spotkać z Pansy, Ginny i Ronem i to skończyć! – puściła się biegiem, podnosząc spódnice wysoko aby się nie potknąć.
Draconowi nie pozostało nic innego jak ruszyć za nią.
·          
- Jesteśmy! Jesteśmy! – Hermiona wpadła jak burza do opuszczonej Sali; za nią z rozwianymi włosami wpadł Draco. W rękach trzymał szpilki, które Hermiona wyrzuciła gdzieś po drodze. I nie, wcaaaale ich nie wąchał.
- Co tak długo? – wyraźnie z ulgą Pansy zeskoczyła ze stołka. Chyba nie odpowiadało jej bliskie towarzystwo Rona, który także nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z tej bliskości. Trochę dalej siedzieli Ginny i Blaise. Oni zdecydowanie nie mieli nic przeciwko bliskości.
- Przepraszam was, ale pojawiły się pewne komplikacje – wydyszał Hermiona, zgięta wpół. Salazarze, naprawdę mogła odstawić tę ostatnią rumową babeczkę! No… ostatnie dwanaście.
- Komplikacje? – Blaise uniósł czarną brew.
- Już wiemy kto robi te cholerne znaki – powiedział ponurym tonem blondwłosy Ślizgon.
·          
W klasie zapanowała cisza. Czwórka przyjaciół przetrawiała te informacje.
- I zostawiliście ją… go w tym korytarzu? – zapytała się piskliwym głosem Ginny.
- Taa. – mruknął Draco. - Może mieć rozbitą głowę. Ale tylko trochę. – Ginny wyglądała jakby ktoś ją walnął w głowę.
- Dobra kochani, później to omówimy. Na razie – Blaise zeskoczył z ławki i złapał Rudą za ramiona – macie odczarować moją dziewczynę.
- Dobra, dobra – Hermiona wręcz warczała. Wszystko na jej głowie, znowu. To znaczy, chciałaby pomóc. Ale naprawdę nie lubiła jak ktoś ją poganiał! – Muszę pomyśleć.
- Nie masz jeszcze gotowego planu? – zdziwił się Ron – Ty zawsze masz jakiś plan… no i mówiłaś, że wystarczy zaklęcie uzdrawiające o bardzo dużej mocy.
- To nie jest takie. Musiałabym zużyć tyle samo mocy na każdego z was, a…
Narysujcie pentagram z kołem w środku. Na brzegach zapalcie pięć ziół: szałwię, werbenę, melisę, piołun i krwawnik. Odstraszą złe duchy i pomogą w oczyszczeniu ich organizmów.
Draco obserwował Hermionę, która nagle urwała i zdawała się patrzeć w zupełnie innyhm kierunku niż w tym, w którym podążały jej oczy.
Jesteś pewna? Skąd wiesz?
Ja… nieważne. Zrób to i rzuć zaklęcie.
- Potrzebujemy trochę zioła – powiedziała grobowym głosem Hermiona.
- Marychy? Mogę trochę skołować - ożywił się Blaise.
Wszyscy spojrzeli się na niego.
- Aaa… Nie takiego. –zreflektował się Blaise.
- Geniuszu… - Pansy zaczęła piłować paznokcie różowym pilniczkiem.
- Ale że jakiego w takim razie? – Ron spojrzał się na nich sennym wzrokiem.
Draco ukrył twarz w dłoniach. Jak oni mieli cokolwiek zrobić? Poczuł jak obłapiają go czarne macki rozpaczy…
·          
Wszystko już było przygotowane. Kadzidełka ustawione, linii nakreślone białą kredą. Fiolki wypełnione mocą leżały na stoliku. Hermiona przygotowywała się psychicznie na rzucenie zaklęcia. Ale coś nie dawało jej spokoju, coś kołatało jej się w głowie. Kim była osoba w jej głowie? Jaka była jej historia? Dlaczego Hermiona miała wrażenie, że ta kobieta nie jest tak niewinna jak jej się wydaje?
- Zaczynamy? – spytał się jej Draco, wyciągając rękę w jej stronę.
Hermiona westchnęła ciężko. Czas na obowiązki. Musiała ich przecież uratować. Musiała,
- Zaczynamy – odpowiedziała, wyciągając rękę.
W momencie kiedy ich palce zetknęły się, rozpętało się piekło.
Drzwi otworzyły się z hukiem. W drzwiach stanął Harry, ale Harry już to nie był. Kiedy patrzyło się na niego wprost, widziało się normalnego chłopaka z wściekłością wykrzywiającego chłopaka, w Lennonowych okularach i z blizną na czole. Jednak kiedy przyjrzeć mu się dobrze, zauważało się szał w prawie białych oczach, piegi na trupio bladej skórze i włosy spływające czerwoną kaskadą.
- Wy pomioty wiedźm i trolli – wysyczał ze złością – Zapłacicie mi za to -  i rzucił pierwszą morderczą klątwą.
Hermiona pociągnęła stojącą najbliżej Ginny na podłogę. Schowały się za biurkiem, tuląc do siebie nogi w ciemnej zakurzonej powierzchni. Ślizgonki wychynęły ostrożnie głowy. Klasa była pełna pyłu z obłupanych klątwami ścian, w powietrzu świstały czerwone, czarne i zielone zaklęcia. Trzech chłopaków stało naprzeciwko siebie, celując w siebie w sytuacji patowej, po tych wszystkich latach treningu żaden nie był gorszy od drugiego. Brązowowłosa uznała że musi im pomóc. Ron i Pansy w końcu też gdzieś zniknęli
- Zostań tu –szepnęła do bladej jak ściany przyjaciółki. Kiedy ta kiwała głową, Hermiona już miała plan.
Jej celem był odległy stolik na końcu Sali. Jeżeli wypije całą tą moc, powiększy zakres mocy na najbliższa kilkadziesiąt minut. Nawet jeżeli trzaśnie potężną klątwą w Harry’ego, powinno jej starczyć tyle aby uratować przyjaciół. Dlaczego ostatecznie to ona zawsze ratuje im tyłki?
Serio? Teraz się będziesz nad tym zastanawiać?
Ale Hermiona już jej nie słuchała i rzeczywiście nie myślała nad tym. Ukrywając się za ławkami, przemykała na drugi koniec pokoju. Nad jej głową świstały zaklęcia, z mozołem, kuląc się by na sekundę wyprostować, posuwała się do przodu. Te fiolki były już tak blisko! Już wyciągała rękę…
I wtedy Harry zwrócił swoje drapieżne oczy w jej stronę.
- Nie tak prędko, skarbeńku –zaśmiał się upiornym, wysokim śmiechem. Zwrócił różdżkę na nią, twarz wykrzywił mu chory grymas. Wystrzelił morderczą klątwą…
A później upadł na podłogę w drgawkach, trafiony zaklęciem Draco, który wykorzystał jego chwilę nieuwagi.
Ale zaklęcie zostało wystrzelone.
- Nie!- krzyknęła Ginny, patrząc jak trafia w cel.
- Nie!- krzyknął Blaise, rozumiejąc, że wszystko rozpada się w kawałki.
- Nie! – krzyknął Draco, czując ból w sercu niczym mroczny płomień.
Fiolki leżały na podłodze, potłuczone, trafione zaklęciem.[i] Hermiona upadła na kolana, raniąc je do krwi. Bezradnym gestem powiodła rękami wzdłuż srebrnej substancji, parującej szybko. Jej część wnikała w jej skórę przenikając do krwioobiegu i sprawiając że czuła się silniejsza. Moc zaczęłą ją wypełniać, ale wciąż było jej za mało. Teraz, kiedy wiedzieli kim jest wróg, Hermiona nie była pewna czy ta ilość wystarczy. Ale co miała zrobić? Nie będzie drugiej takiej okazji, Ginny miała już ostatnie dni! Hermiona nagle podjęła decyzję.
- O mój Boże.. Co my zrobimy? –Pansy wyszła już z ukrycia i przyciskała wypielęgnowaną dłoń do ust.
- Wciąż mogę to zrobić. – Ślizgonka spojrzała się na przyjaciół zdecydowanie. Tak. Zapłaci tę cenę. – Ta ilość mocy… wystarczy mi.
- Jesteś pewna? – powiedział surowo Draco. Hermiona spojrzała na niego z czułością, widząc jak marszczy czoło. Znał ją tak krótko, a tak dobrze… Wiedział, że kłamie. Cóż, wystarczyło jej dosłownie par ę minut.
- Tak. Stancie w pentagramie – oderwała od niego oczy i przybrała zimną maskę. Poczekała, aż trójka jej przyjaciół stanie w środku koła i uniosła różdżkę.
- Episkey –wyszeptała po prostu. Zakręciło jej się w głowie, kiedy patrzyła jak promień rozgrzanego powietrza wędruje do jej przyjaciół.
A później zapadłą ciemność.
·          
Hermiona rozejrzała się dookoła. Dlaczego leżała na plaży? Wszędzie było pusto, tak bardzo pusto… I czemu wszystko było tak monotonnie szare? I to nie tak jak oczy… Właśnie, kogo? Nie mogła sobie przypomnieć; zostawiła więc to w spokoju.
- HErmiono – usłyszała za sobą łagodny głos. Znała go. Nie wiedział skąd, ale go znała. Wstała więc i spojrzała w twarz kobiety.
Jej pierwsza myśl była tak, że jest ona najpiękniejszą istotą na ziemi. Jej uroda przypominała księżyc w pełni; miała wielkie, srebrne rzęsy okolone czarnymi rzęsami,  prosty nos i wygięte łuki brwiowe, twarz w kształcie serca i długie, czarne jak noc włosy spływające kaskadą drobnych loków. Sylwetkę miała smukłą i  kobiecą. A jej oczy patrzyły się w sposób, który Hermiona natychmiast poznała.
Patrzyła dokładnie tak samo.
- Oj, Hermiono – kobieta wzięła się pod boki. Wyglądała na jakieś trzydzieści lat. Była wyraźnie o coś zła – I po co to robiłaś? Wiedziałaś, że nie ma powrotu!
- Wiedziałam, że i tak umrę prędzej czy później. A tak mogłam ich uratować – słowa wydostały się z ust automatycznie. Hermiona poczuła zdezorientowanie. Umarła? Kogo chciała ratować?
- Wracaj Hermiono! Jeszcze jakoś się uda! Musisz wrócić… Choćby dla Dracona!
- Kto to Dracon? – To imię coś jej mówiła. Uśmiechnęła się do siebie.
- Osoba którą kochasz. – Ta kobieta też się uśmiechnęła… przez łzy? – Nie pozwolę ci umrzeć. Jesteś na to za dobra.
- Myślałam, że już umarłam…
- Pieprzyć zasady! – kobieta uniosła się gniewem, to było widać. – Zrobię wszystko, żeby cię stad do niego wyciągnąć!
- Nie mogę – Hermiona czuła tu spokój. Zaczęła oddalać się od kobiety. – Tak ma być. Równowaga nie może zostać zachwiana. Już raz złamałaś zasady, prawda? Nie możesz zrobić tego znowu.
 - Mogę – szepnęła kobieta, łapiąc ją błyskawicznie za rękę.
·          
A serce dziewczyny zabiło.



[i] Nabrałam was, co?XD Lepiej czytajcie dalej

niedziela, 6 października 2013

Rozdział dwudziesty - Misterny plan

Rozdział byłby wcześniej ale akurat ten tydzień sobie nauczyciele wybrali do męczenia nas prezentacjami i sprawdzianami:C
A na dodatek odkryłam Ylvis... Ten zespół jest genialny..
Mam takie dziwne odpały od paru dni… Chyba ograniczę cukier. A rysunki wstawię jak tylko ogarnę te usb-ki.
Czytajcie, czytajcie,  komentujcie…

·          

Ktoś zaatakował Ginny, Pansy i Rona.
Ktoś miał bardzo dobry kontakt z tymi osobami.
Ktoś miał ciemne włosy i był wysoki, patykowaty.
Czyiś głos znała.
Ten ktoś ostatnio schudł i poszarzał.
Ale tym kimś po prostu nie mógł być Harry!                                                                                
Hermiona poczuła jak ziemia usuwa jej się spod nóg. Zsunęła się na podłogę, czując impet uderzenia w kolanach. Pansy coś wołała, muzyka gdzieś daleko grała, ale to nie miało znaczenia. Bo nic go nie miało, znaczenie i sens gdzieś zniknęły. Wybraniec… Zbawiciel całego świata czarodziejów… Miałby atakować dziewczyny na których mu zależało? Ciemną, kobiecą magią? Teraz Hermiona pomyślała o tym jak szybko przybiegł, kiedy Pansy została zaatakowana. Jak znikł na chwilę przed zaatakowaniem Rona i Ginny. Ale to na pewno… na pewno miało jakąś lukę…  Dlaczego ona i Luna wciąż żyły w takim razie? Jej logiczny mózg natychmiast odpowiedział na to  pytanie: Harry miał do nich mniejszy dostęp niż do dwóch dziewczyn które były tak blisko niego. Ale te ataki były precyzyjne, uporządkowane, nie zachowywał się jak ktoś szalony… bardziej jak ktoś opętany.
Opętany.
Przez kobietę używającej czarnej, kobiecej magii.
Hermiona podniosła się w mgnieniu oka ignorując protesty Pansy. Zawrzał w niej gniew. Kto, na Merlina, ma czelność  krzywdzić jej przyjaciół?!
- Gdzie on jest? – wysyczała jak żmija do skonfundowanej Pansy.
- Harry? Mówiłam, poszedł w tamtą stronę, po poncz…  - Ale Hermiona już jej nie słuchała; zdejmując po drodze wysokie buty, nie mogła w nich biec. Przepychała się przez ludzi zgromadzonych w wielkiej Sali nie zwracając uwagi na ich krzyki oburzenia. Jutro parę osób będzie miało siniaki.
Hermiona! Zatrzymaj się, nie wiesz co robisz
Doskonale wiem co robię. Ratuję przyjaciół  - warknęła w zaciszu swojego umysłu.
To naprawdę nie jest dobry pomysł… Jeżeli jest opętany… Czy naprawdę nie pamiętasz już o używaniu tego rodzaju magii przez najpotężniejsze czarownice wszechczasów?
Mam to w nosie! Zadarła z moimi przyjaciółmi!
Dobrze, więc jak zamierzasz go odmienić? – podstępne pytanie, Hermiona o tym nie pomyślała.
Nie wiem! Rzucę w niego solą, czy coś…
To jest głupi przesąd na pecha i duchy. Powinnaś wiedzieć, że to idiotyzm!
Dobra, to co mam robić? Stać z założonymi rękami i patrzeć jak morduje mi przyjaciół? Raz już coś takiego przeżyłam, więc nie, nie dziękuję.
Musisz przywołać wspomnienie. Takie, które sprawia, że jest kim jest i czyni go szczęśliwym. Coś w rodzaju patronusa. Ale, Hermiono, to czy ci się uda zależy nie tylko od wagi wspomnienia, ale i mocy tej osoby która go opętała. A to naprawdę śmierdzi. Kiedy byłam w podziemiu szukając Ginny, niebo się zachmurzyło.
A co to ma za znaczenie? -  Hermiona wreszcie wypadłą na otwartą przestrzeń. Gdzie jest Harry? Zaczęła przeszukiwać okolice bufetu.
Nawet jak podziemia nie chcą wypuścić jakiejś duszy, niebo w czasie przejścia i wyboru, kiedy osądzają gdzie trafisz, niebo jest szare i monotonne, zawsze. Zawsze.
Może coś się pop…
Hermiona nie dokończyła myśli. Wpadła bowiem na żywą ścianę,  która wyparła jej dech z piersi  i chwyciła w ramiona.
- Miona! – zakrzyknął jej chłopak pijackim bełkotem. Hermiona cofnęła twarz, kiedy odór wódki dosięgnął jej twarzy.
- Jesteś pijany – mruknęła, zła, że przerwał jej szukanie Harry’ego.
- Ni, nie jestę – już zaczął zniekształcać słowa, uśmiech nie schodził mu z twarzy choć oczy miał zimne. – Sukalem cie. Bawiłass się dobrz?[i]
- Muszę już iść – Hermiona bezskutecznie spróbowała się wyrwać z jego ramion.
-Nie, nie musisz – nagle zaczął mówić normalnie, a przestał się uśmiechać. Hermiona poczuła jak przerażenie ścisnęło ją za gardło. – Co robiłaś w zaułku… zauważ, dokładnie takim samym jak ten… z Draconem Malfoy’em?
- Nie wiem o czym mówisz – wymamrotała, nie patrząc mu w oczy. Skąd on to wiedział? Było ciemno! Ciemno wszędzie, głucho wszędzie itd. Cóż, a co ona czuła? Takie fajerwerki, jakby każdy jej nerw zabłysł jaskrawym ogniem, czułość, kiedy patrzył w jej oczy, wręcz ból, kiedy musiała się od niego odsunąć. W sumie to głupia była. Dlaczego, na Salazara, nie została tam z nim?
- Wiesz doskonale. On mi powiedział. Myślałaś że się nie dowiem co? – Wyraz twarzy chłopaka robił się coraz groźniejszy. Hermiona przysięgłaby,  że w pewnym momencie jego tęczówki zrobiły się idealnie białe, czarne plamki źrenic na tle białek, kiedy popchnął ją brutalnie na mur. Ale miała lepsze rzeczy do zastanawiania się. Teodor uśmiechnął się jadowicie i pocałował ją, gryząc ją w  wargę. Usta wypełnił jej smak alkoholu i krwi. To nie był słodki pocałunek,  żaden z rodzaju tych, którymi  obdarzał ją wcześniej – ten był gorzki, brutalny w najbardziej prymitywny sposób, natarczywy, zaznaczający… niedobry. Kiedy całowała się z Draco, jego pocałunki również były mocne, ale nie w ten sposób!
Tymczasem Nott przycisnął ją do ściany tak że nie mogła wykonać nawet drgnienia rękami, bolało ją to i zaczął podciągać jej sukienkę. Miał ciepłe, spocone dłonie kiedy zaczął sunąć palcami w górę jej uda, a Hermiona zaczęła uświadamiać sobie co on zamierzał zrobić. Nie! Szarpnęła głową w bok i wierzgnęła nogami, lecz jedyne co dostała, to uderzenie w twarz. Krew poleciała z policzka rozciętego jego paznokciami.
- Nie próbuj tego więcej, kochanie – wyszeptał jej do ucha, wywołując  dreszcze obrzydzenia rozchodzące się od tego miejsca.
Hermiona! Zrób coś!
Niby co?
A bo ja wiem? Nie miałam jeszcze takiego problemu, zwykle pstrykałam palcami i zgładzałam natręta z powierzchni ziemi jak muchę, ale nie mam pojęcia jak masz cokolwiek zrobić bez różdżki… Może mu przywalisz?
Bez rąk,  Scherlocku?
Ale rada jej przyjaciółki przywołała na myśl wspomnienie. Była na kursie samoobrony. Uczyli się jak odeprzeć fizyczny atak bez pomocy rąk. Zawsze najbardziej podobała jej się jedna metoda – uniesienie nóg, zawieszenie całego ciężaru ciała na napastniku i wykop nóg. Lepiej się sprawdza podczas leżenia i można sobie obić tyłek, ale zawsze skutkuje. Tylko ją trochę zmodyfikuje…
- Nott – szepnęła zmysłowym głosem i przestała się szarpać. Chłopak natychmiast uniósł głowę i nadstawił czujnie uszy. – Czy nie powinniśmy znaleźć sobie…  przytulniejszego miejsca?
Na twarz Ślizgona natychmiast wpłynął obleśny uśmiech.
 -Oczywiście – powiedział ze śladem swojego dawnego dżentelmeństwa oraz dobrych manier i uniósł ją w powietrze, cały czas miażdżąc jej ręce. Ale na to właśnie Hermiona czekała. Powtarzając w myślach zasady instruktora zwinęła się w kulkę i z całej siły walnęła go w przeponę. Zgiął się w pół ze stęknięciem  i wypuścił ją z rąk. Upadła na podłogę, uderzenie wyparło jej dech z piersi. Z mroczkami przed oczami zaczęła się czołgać w stronę torebeczki.
Jednak zaraz poczuła jego ręce na nogach.
- Ty suko – wycharczał ze złością.
Podciągnął jej nogi tak, że spódnica jej sukni opadła jej na talię, pokazując nogi. Sam upadł na kolana, wyraz jego twarzy jasno mówił co zamierza zrobić… i że nie będzie to ani trochę miłe. Hermiona gwałtownie podciągnęła kolana, sprawiając, że się zatoczył i puścił jedną z nóg. Walnęła go obcasem w twarz z satysfakcją słuchając dźwięku pękającego nosa. Chłopak złapał się za twarz, spomiędzy palców leciała mu krew. Dobrze mu tak. Hermiona złapała za różdżkę i rzuciła na niego zaklęcie oszołamiające. Teraz leżał pięć metrów dalej na plecach, krew dalej lała się jak z kranu. „Ech” pomyślała Hermiona. Pomimo tego co zrobił, nie mogła go tu zostawić żeby udławił się własną krwią. Wstała więc na nagle drżących nogach, cała słaba kiedy adrenalina zniknęła i przewróciła go kopniakiem na brzuch.
- Ty śmieciu – wyszeptała z nienawiścią, ocierając policzek z brudu i krwi lamówką sukienki. I tak była do wyrzucenia, cała poszarpana.
- Hermiona! Nic ci nie jest?! – ktoś biegł korytarzem w jej kierunku.
- Tak, wszystko jest… - Hermiona zaczęła mówić, lecz nagle… zrozumiała, że zna tego kogoś.
I obróciła się bardzo wolno.
Przed nią stał Harry.
Ale to nie był do końca Harry. Ten miał całkowicie białe oczy z maleńką plamką źrenic i uśmiechał się diabelsko.
- Nic ci nie jest Mionko? – zapytał wyniosłym, kobiecym głosem jakby kogoś przedrzeźniał – Dobry Boże… a myślałam, że umiesz tylko wymamrotać pare śmiesznych słówek. Cóż, myliłam się.
- Ha-arry? – spytała się drżącym głosem dziewczyna. Chciała wygnać tę osobę z jej przyjaciela, ale teraz, po tym co zrobił  Nott, nie wiedziała czy da radę.
- Nie, szejk turecki – Nie-Harry przewróciła oczami i przez chwilę Hermiona mogła zobaczyć jej prawdziwą postać; piękną kobietę o posągowych kształtach, czerwonych lokach do pasa i z bladoniebieskimi oczami. Była cała blada, gdzieniegdzie pojawiały się piegi widoczne pod odważnym dekoltem średniowiecznej sukni.
Morgana!
Znasz ją?
Pamiętasz jak opowiadałam ci o mojej klątwie? O chłopaku którego zabili?
Tak…
To ona nas zdradziła.
- Och, serio He? Siedzisz w takiej słabiutkiej czarownicy? Przyjaciółko moja, staczasz się na dno – zaśmiała się Morgana perlistym głosem. Hermioa czytała o niej Miała być tą, która zabiła Merlina i króla Artura, złą czarownicą o wielkiej sile.
- Nie jestem słaba – ręce Hermiony zacisnęły się w piąstki.
- Ale silna też nie słonko. Aczkolwiek musiałam kryć się w tym słabym ciele. Trudno było cię złapać samą. Więc wymyśliłam ten numer z Nottem.
- Opętałaś go? – wyszeptała Hermiona. A ona tak mu przywaliła…
Jednak Morgana roześmiała się tylko.
- Nie do końca kochana. Sam chciał to zrobić – jej słowa były jadem. –Ja tylko dopilnowałam, żeby wszystko zgrało się w czasie.
- Po co to wszystko?- Hermiona zaczęła się cofać. Nie poradzi sobie z nią, nagle wiedziała to bardzo dobrze. To chodziło zabawe. No i przy okazji wymordowanie całego rodu Sparklingsnow żeby moja droga przyjaciółeczka nie miała w kogo ciała wchodzić.
- Sparklig… - Hermiona zmarszczyła czoło i nagle ją olśniło. – Moja rodzina. Ta prawdziwa.
- Najczystsza krew czarodziejska. Ród pierwszych i najmocniejszych, nie pochodzących od demonów i Lilith tylko od samej królowej czarownic w linii prostej. – Ręka Hermiony mocniej zacisnęła się na różdżce; bystre oczy szukającego natychmiast to wypatrzyły i machnięciem ręki Morgana wyrzuciła całą broń Hermiony w powietrze – Nie ze mną te numery, księżniczko. Chciałam cię zabić poprzez naznaczenie kołem – jakże ironicznie – ale zdecydowałam inaczej.[ii]
Białe oczy popatrzyły na nią okrutnie, kiedy uniosła rękę Harry’ego i otworzyła usta do inkantacji.
Sekundę później leżała na ziemi, oszołomiona przez zaklęcie, pokonana przez ograniczenia ciała w którym się znajdowała, a za nią, dumnie, z wyciągniętą różdżką stał Draco Malfoy.



[i] Bełkot taki pijacki, Nott taki nachlany, wow

[ii] Wiem, że jeszcze nic nie ma sensu, Za dwa rozdziały będzie cała historia osoby zamieszkującej głowę Hermiony. Wszystko wyprostuję i podociągam wątki, obiecuję, ale na razie chciałam żeby było tak tajemniczo*_*

poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział dziwiętnasty - Suknia w kolorze karmazyn...

Rozdzialik już leci, chociaż oczy mnie bolą. Akcja dochodzi do momentu kulminacyjnego, dzień balu, wszystko się wyjaśni.
Kocham nieprzewidywalne sytuacje…. Nawet jeżeli sama  je piszę XD
Betę mi gdzieś wcięło… Więc przeprasza za błędy polskie i ang., rozdział pisany na szybko i schizowo bo miałam inwazję małych kuzynek:D
Zasada siedmiu komentarzy nadal obowiązuje, kochani! Po prostu nadal nie rozumiem… Co wy macie do Notta?:D
Specjalnie dla was, narysowałam Herm i Ginny… w ich pięknych sukienkach. Ale wstawię kiedy indziej:D

Hermiona przejrzała się w wysokim lustrze. Wyglądała, cholera, jak jakaś smutna księżniczka, w tej  wspaniałej sukni. Piękna i zrozpaczona. Hermiona myślała o tym, co miało się stać tego dnia. Na balu, na który powinna już schodzić. Myślała o Draco, którego uraziła. O Nottcie z którym zgodziła soę iść na tą zabawę. O dziwacznych snach w którym raz to Teodor był tym złym, raz ktoś inny…
- Świetnie wyglądasz – Ginny stanęła w drzwiach. Ona także się przebrała i wymalowała. Włosy upięła w koka i wypuściła jeden kosmyk włosów zakręcony na końcu. Jej słota sukienka zaczynała w połowie szyi cienko i rozszerzała w klatce piersiowej. Złoty materiał spływał falami do samej ziemi, opinał talię i uda. Rubinowy pas oplatał jej biodra.
- Tylko inaczej zrobimy ci włosy – podeszła i spięła jej rozbrykane kosmyki. Paroma zręcznymi ruchami zaplotła jej zwykle otaczające twarz włosy w dwa warkoczyki i złączyła wielką rubinową spinką. Hermiona nagle przeobraziła się jakby w dostojną królową w koronie.
- Dziękuję – uśmiechnęła się z wdzięcznością. – A co myślisz o tych butach? Uniosła złote buty z czerwonymi łezkami i czarne na obcasie z paseczkami oplatającymi łydki. Rudowłosa spojrzała na nie krytycznie.
- Czarne. Twoje nogi ładniej w nich wyglądają.
Hermiona założyła je i jeszcze raz spojrzała w lustro. Dopiero teraz zauważyła, że ich suknie były w barwach Gryffindoru. Co za ironia. Pomyślała by nad tym jeszcze, ale Teodor pewnie się niecierpliwił, lubił być punktualnie. Złapała za torebkę i uśmiechnęła się wymuszenie do przyjaciółki.
-Idziemy?
·          
Wyglądała pięknie.
I to nie tak tandetnie pięknie, jak pięknie, którym zwykle obdarzał dziewczyny z którymi się umawiał, nie takie jakie mówił z uśmiechem do paruletniego kuzyna który pokazywał mu rysunek dinozaura goniącego za mięsem na dwóch nogach. Nie, on, Dracon Lucjusz Malfoy, pomyślał, że Hermiona Jane Granger wygląda pięknie w każdym tego słowa znaczeniu.
Schodziła powoli po schodach, unosząc sukienkę nad przepisową wysokość kostki, co sprawiało że coś go dusiło w żołądku… jakby te wszystkie zjedzone we Francji żaby obudziły się i zaczęły tańcować. Ale ona… Jej usta przyciągały go i kusiły, były w dokładnie takim samym kolorze co suknia. Właśnie, suknia! Draco nigdy nie był zbyt dobry jeśli chodziło o modę i ubrania, ale zachciało mu się śmiać, kiedy przypomniał sobie sen, w którym Astoria miała taką samą suknię ślubną, uciekał wtedy z krzykiem!
Teraz wcale nie chciał uciekać. Chciał porwać ją w ramiona, zabrać ją daleko stąd i zrozumieć jak działają te piekielne troczki gorsetu.
Ale na razie po prostu napawał się jej ciepłem i pięknem. Była jak ogień, jak lód, jak kubek kakao, jak piękny obraz i róże… Była Hermioną. Była jak wszystkie rzeczy które kochał.
Sama nią była.
- Halo! Ziemia do Draco! – Nawet nie zauważył kiedy podeszła? Ach, z bliska była jeszcze piękniejsza… nawet ta maleńka krosta na czubku nosa wyglądała cudownie. Pochylił się żeby usłyszeć co tam wrzeszczy z dołu. Była taka niziutka!
- Odbiło ci, czy co? Wyglądasz jak sklątka tylnowybuchowa Hagrida. I to wcale nie od tej ładniejszej strony.
To było słodkie. Sklątki były fajne, jakby nie patrzeć. Jest ogień… może nawet były krewnymi smoków? Dziadka prawujka ze strony ojca matki?
-Naćpał się czegoś, Miona. – Blaise podpierał zmęczoną, aczkolwiek szczęśliwą Ginny. – Może miłości?
- Jeżeli jakieś grzybki tak się nazywają, to się zgadzam – mruknęła Hermiona, szukając czegoś w torebce.
- Dobra, słuchajcie, plan jest taki – wreszcie wyciągnęła z torebki trzy średniej wielkości fiolki. Podała je Draconowi i Blaisowi. – Później dam jeszcze jedną Harry’emu… jak tylko go złapię. To co musicie zrobić jest proste. Przypomina pobieranie wspomnień do myślodsiewni.  Musicie tylko ukryć  różdżkę w rękawie szaty i dotknąć ich leciutko. Nie bierzcie za dużo, nie potrzeba nam całej ich mocy.
- Tak jest, szefowo – Blaise zasalutował i pociągnął za sobą śmiejącą się z czegoś Ginny, zostawiając Dracona i Hermionę razem. Może z tego śmiała się ruda? Dwójka Ślizgonów stała więc w milczeniu przez chwilę, kątem oka patrząc na to drugie i mając nadzieje, że jest to niezauważalne.
- Zapnij się – wyrzuciła w końcu z siebie Hermiona, przełamując gęste milczenie. Draco zmarszczył brwi i spojrzał w dół. A… nie dopiął koszuli, zostawiając rozchylony trójkąt ukazujący jego bladą skórę pod którą rysowały się mięśnie. Denerwowało ją to?
- Dziękuję, nie jest mi zimno – powiedział z protekcjonalnym uśmieszkiem.
- Nie o to chodzi. To mnie rozprasza – wysyczała przez zaciśnięte wargi. Draco uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale posłusznie zapiął koszulę.
- Nott się chyba spóźnia –powiedział tylko, zamiast rzucania jakiejś dowcipnej uwagi. Albo rozpięcia koszuli do końca żeby się na niego rzuciła.
łHmm. Znając ją to pewnie rzuciłaby na niego klątwę zamiast wycałowania go.
- Astoria też. Może jej się puder skończył – rzuciła Hermiona niby od niechcenia, ale złośliwie. Draco w duchu przyznał jej rację.
- Słuchaj Hermiona, ja naprawdę nie powinienem…
- Hermiona! Przepraszam, że się spóźniłem, ale ten głupi krawat… - Teodor biegł w ich stronę z rozchlastaną marynarką i krawatem w dłoni. Hermiona westchnęła w duchu i spojrzała się na blondyna patrzącego z niechęcią na jej chłopaka.
- To nic, Draco. Na tej wieży ja także zachowałam się jak idiotka – obdarzyła skołowanego chłopaka słodkim uśmiechem i poszła zawiązać krawat Teodorowi.
A Draco Malfoy po prostu stał jak spetryfikowany i gapił się za nią tępo.
·          
This is the night!
I’m gonna abduct you
And hold you tight
Never, never,
Let you go out!
We’ll dancing a-all night!
Cause you’re only mine![i]
Zespół skończył grać i ukłonił się. Całą sala rozbrzmiewała teraz śmiechem i oklaskami dla The Fallen Angels, zespołu który grał dla nich tego wieczoru . Hermiona oderwała się na chwilę od Teodora. Miała zaczerwienione policzki, kilka kosmyków wyskakiwało jej z fryzury… a w jej torebce bezpiecznie spoczywała fiolka z mocą.
- Chyba na razie wystarczy – zaśmiała się w stronę Notta.
- Przyniosę coś do picia!- odkrzyknął jej w gwarze.
Ruszyli w stronę jednego z najbliższych stolików, lawirując między roześmianymi uczniami Hogwartu. Hermiona nieświadomie przytupywała do rytmu kolejnej piosenki, słodszej i spokojniejszej od poprzedniej.
My angel, my angel,
Where have you been?
I still don’t now
Are you still
Still, Still my sweet golden angel?[ii]
- Zostawię tu panią – Teodor uśmiechnął się do niej kiedy rozstawali się przy stolikach. Za każdym razem kiedy później Hermiona myślała o tym co zdarzyło się chwile później,  ten uśmiech przeszywał jej serce lodem.
Ale najpierw pojawił się Draco.
 - Zatańczysz? – wyciągnął rękę z najpiękniejszym ze swoich uśmiechów. Hermiona nie mogła mu odmówić.
 Chwile później tańczyli, wtuleni w siebie, wdychając swój zapach i myśląc o tym, jak bardzo chcieli by zostać w ramionach tej drugiej osoby na wieczność. Pasowali do siebie każdą komórką ciała, uzupełniali się wzajemnie.
A tobie wciąż duma nie pozwala mu o tym powiedzieć.
On nie odwzajemnia moich uczuć, pomyślała gorzko Hermiona.
Taa, jasne. To dlatego zaprosił cię do tańca, trzyma cię czule, a jego ręce nie zjeżdżają na równik. Tak, na pewno.
   Zamknij się i daj mi się cieszyć chwilą.
Uciszyła się.
Tańczyli tak dalej, a muzyka robiła się coraz szybsza, dziksza. Także ich ruchy zaczęły przyspieszać, nie tańczyli już objęci, lecz nadal ich ciała idealnie współgrały. W jego oczach pojawił się zwierzęcy błysk, jej zaczęły lśnić, a oddech stał się urywany. I nagle muzyka przestała grać, światła przygasły. Wokół rozbrzmiewały krzyki i śmiechy. Dwoje Ślizgonów stało, dysząc ciężko i patrząc na siebie w półmroku.
Tego co działo się w ciągu następnych paru minut nikt nie widział, a pamiętały o tym tylko dwie osoby, a Hermiona w dodatku bardzo mgliście. Pamiętała tylko, że znalazła się ma jego rękach… została w wyraźnie dominujący sposób postawiona w jakiejś wnęce w skale… i była całowana jak nigdy dotąd, z pasją, miłością, pożądaniem, zatraceniem. I oddawała ten pocałunek. Ich ciała ocierały się o siebie, ręce błądziły po drugim ciele ucząc się nowego alfabetu. Usta Dracona zaczęły powolną wędrówkę po jej szczęce, szyi ,obojczykach. Wbiła mu paznokcie w plecy, pragnąc być jeszcze bliżej niego…
A później uświadomiła sobie co właśnie robi.
- Draco – jęknęła żałośnie. Chciała przywołać się do porządku, ale jego wargi powodowały rozchodzenie się drobnych dreszczy od każdego miejsca które całował. To było bardzo rozpraszające. Powinna pamiętać przecież z kim tu przyszłą…  A Draco był pewnie pijany, odurzony czy coś… Z własnej woli by jej nie pocałował, nie pocałował by jej tak. – Draco!
- Tak, moja piękna? – oderwał się od niej na chwilę, wzrok miał zamglony. Kiedy jednak Hermiona oderwała jego ręce z długimi palcami skrzypka od swojej tali, przejaśnił mu się nieco.
- My… nie możemy… nawet nie jesteśmy ze sobą… to nie w porządku.. przepraszam -  nie mogła pozbierać myśli. Zabrała więc tylko torebkę i uciekła, zostawiając go już drugi raz tego wieczoru.
·          
- Ale impreza! – stęknęła Pansy, zdejmując z obolałych nóg buty. Usiadła przy stoliku ciągle oszołomionej Hermiony. – Harry poszedł po coś do picia i zobaczyć co z Ronem. Chyba nie czuł się najlepiej.
- Przyszłaś z Harry’m? – spytała przez grzeczność Hermiona. Jej mózg nie funkcjonował jeszcze za dobrze po ślinie Dracona.
- Tak, mówiłam ci wcześniej. Tylko  szkoda – nagle posmutniała –że poznaliśmy się tak dobrze dopiero teraz, a nie… wcześniej.
Do  skołowanej Hermiony nagle się coś przebiło.
- Kiedy zaczęliście się dogadywać?
- Parę dni przed moim… wypadkiem. A co? – Pansy spojrzała się na nią niewinnie.
A Hermiona nagle zrozumiała.






[i] To jest ta noc, zamierzam cię porwać i trzymać ciasno, nigdy, nigdy, nie wypuszczać, będziemy tańczyć całą noc, bo jesteś tylko moja.

[ii] Mój aniele, mój aniele, gdzie byłaś jak dotąd? Nadal nie wiem, Czy ciągle jesteś, ciągle jesteś moim złotym aniołem.

wtorek, 24 września 2013

Miniaturka - W innym czasie, w innym zyciu

Oj kochani, to nie było mile! Wyświetleń jest (jak na moje standardy) naprawdę bardzo dużo i dziękuje wam z całego serca! Ale było tak mało komentarzy, ze aż się rozchorowałam i pogubiłam przecinki! Teraz w łóżku leżę i zużywam tony chusteczek. Dlatego własnie rozdziału nie ma, jest tylko miniaturka-zapowiedz jednego z blogów które mam zamiar napisać... to będzie inne dramione, które wyjaśnia część rzeczy które się będą dziać w następnym blogu.
Fakty;
Wojna się skończyła
Hermiona wyszła za Rona, Ginny za Harry'ego, itd. itd.
Ginny urodziła już Jamesa... czyli Herm nawet jeszcze w ciąży nie jest.
Wszystko jest takie samo jak w książce(do czasu, buachachacha!!)
Całuski!
 Xoxo
PS: Rozdział będzie za jakiś tydzień, chyba, że dobijecie do tamtych siedmiu komentarzy po tamtym postem :)
PPS: I jeszcze serdecznie dziękuję za nominację do Liebster Award, ale niestety nie mogę... Nie mam czasu.:(


Prolog

- Jesteś pewien, ze to bezpieczne? - lękliwie dość spojrzałam na tę lśniącą, metalowa maszynę. Nie wyglądała zachęcająco i już zaczęłam żałować swojej decyzji, że pomogę Seamusowi w jego nowej "broni" dla ministerstwa. Co ja tu w ogóle robiłam?
- Tak, tak Hermiona, już nie pękaj! Co z ciebie za Gryfonka? - twarz jej przyjaciela pojawiła się nad obłym kadłubem maszyny. Jak zwykle był cały wysmarowany smarem i popiołem, jedynie jego oczy i szeroki uśmiech dodawały temu trochę światła i radości. - Dzisiaj chyba będziemy mogli przeprowadzić generalną próbę! Podasz mi klucz? Tego akurat magia nie zastąpi! - i znów znikł.
Westchnęłam i podeszłam do stosu z narzędziami. Szarpnęłam za jeden z metalowych... no, tych dziwnych rzeczy. Co to w ogóle było? To chyba akurat kombinerki. Kurczę, kiedyś umiałam robić wszystko z takimi rzeczami. Magia zmieniła mnie w zupełnie inną osobę. Przysięgłam sobie w duchu, że ten zepsuty mikser w domu naprawię sama, jak tylko wrócę. Obiad zrobię... a raczej zamówię... inaczej Ron znowu będzie sarkał na moją kuchnię. A to wcale nie jest miłe.
- Wyjaśnisz mi chociaż wreszcie do czego to służy? - podałam chłopakowi klucz.
- Tak! To jest... to jest w zasadzie wehikuł czasu. A to nie jest klucz. To jest, tak się składa, śrubokręt - oddał mi narzędzie w wyciągniętą dłoń, jednak ja zamarłam, przetrawiając tę informację.
- Zaraz, Ale taki... który nie powodowałby komplikacji? Którym można by wrócić?
- Dokładnie - Seamus uśmiechnął się wesoło machając nad czymś różdżką.
- Można by uratować tych wszystkich ludzi... - wyszeptałam do siebie. Szalonooki... Lupin... Tonks...
- Taki był główny plan - jej przyjaciel nagle spoważniał. - Dobra, klucz jest już niepotrzebny. To jak? Wchodzisz?
- Gdzie? - spojrzałam na niego przerażona. On chyba nie chce żebym wsiadła do tej nie-chromowanej maszyny? Instynktownie dotknęłam podbrzusza koniuszkami palców. Nie wiedziałam czy byłam w ciąży... okres mi się trochę spóźniał, a my od tylu miesięcy staraliśmy się o dziecko... Nie chciałam jej lub jego stracić przez to coś jeśli już tam było.
- Tutaj, rzecz jasna - wskazał na maszynę. Poczułam szarpnięcie strachu, ale i... podniecenia? Ekscytacji na myśl o nieznanym? - To całkowicie bezpieczne! Wysyłałem już małe zwierzątka, a tylko ja znam zaklęcie aktywujące.
Nieprzekonana, powiodłam palcami po tym czymś. W sumie... Co mi się mogło stać?
- Wyślę cię tylko parę minut w przeszłość, zobaczymy czy nie ma żadnych zakłóceń.
A tam, raz hipogryfowi śmierć! Weszłam i zamknęłam za sobą przeźroczyste drzwiczki.
- Widzisz jakie to proste? No, zaraz wszystko uregulujemy. Ty na pewno nie nie stracisz żadnej ważnej części ciała - powciskał pare guziczków i przesunął kilka pokręteł. Ej, zaraz?
- Jak to "ważnej części ciała"? -zaniepokoiłam się. Byłam bardzo przywiązana do swojego nosa. Był mały, zgrabny i wcale nie chciałam go tracić! Voldemort look już dawno wyszedł z mody.
- No, bo te świnki morski czasami traciły nóżki... albo uszka... Ale już to poprawiłem - Seamus wycelował we mnie różdżkę.
- Seamus, to naprawdę... - próbowałam otworzyć drzwi, ale zacięły się. Było za późno. Zaklęcie zostało wystrzelone.
Ogarnęła mnie ciemność.
Jednak kiedy otworzyłam oczy świat wyglądał zupełnie inaczej

środa, 18 września 2013

Rozdział osiemnasty - Wisiorek z Serduszkiem

Macie jakąś receptę na złe sny? Jest mi z tym coraz gorzej… budzę się przerażona, kręgi pod oczami itp….
No i masz:D Wiedziałam że kiedyś ktoś zauważy, że piszę pogmatwanie jak jakaś co z psychiatryka uciekła(a może to prawda?hah:D) Postaram się więc więcej wyjaśniaćJ
Ludzie, no proszę… głupio mi trochę tak żebrać o komy, ale teraz naprawdę – nie ma 7 komentarzy, nie ma rozdziału. Koniec kropka – ja też muszę mieć motywację. Piszcie nawet tak lub nie, czasem piszecie w końcu tak jak ja – czyli jak na prochachXD
Wiem, że ten rozdział jest dziwny.. ale źli się znowu czuję, a to mi pomaga. W sensie, że pisanie. Jeszcze nie został zbetowany – za to jest z prędkością światła!
Dobra, koniec moich psot!

·          

Hermiona w milczeniu jadła jajecznicę przy prawie pustym stole Ślizgonów. Rozmyślała. O czym? O wszystkim; o balu, ich planie, niesłusznych podejrzeniach Draco, o których, jak miała nadzieję już zapomniał… O Nocie, którego zostawiła chyba słusznie, nawet jeżeli jej serce podskakiwało w dziwny sposób za każdym razem kiedy go widziała.. O Ginny, którą udało jej się uratować na krótką chwilkę, którą musiała uratować do końca… O ciele, które niedługo miała oddać głosikowi we władanie.
Kiedy Hermiona podejmowała tą decyzję, była przerażona i roztrzęsiona. Och, podjęłaby tą decyzję za każdym razem – ale czy warto było oddawać aż tyle? Dziewczynę, jak każdego normalnego człowieka, przerażała wizja śmierci. Co tu dużo mówić, cholernie bała się samej myśli, że ona, jej umysł umrą, a w prawdziwym świecie będzie chodzić jakaś obca Hermiona! Zabierze wszystkie jej wspomnienia, zwyczaje, wstydliwe tajemnice, a nawet.. jej miłość. Czy rozterki Hermiony staną się jej rozterkami? Czy będzie kochać Ginny jak siostrę, czy będzie czuć podskok serca na widok Notta, nadal patrzeć z czułością na gapowatego Rona, czuć ucisk w żołądku na każde słowo Dracona?
W zasadzie to przecież Hermiona sama nie wiedziała kogo kocha. Bo „kocha” było bardzo, bardzo właściwym słowem.
Oj, wiesz kogo kochasz…
Nie. W przeciwieństwie do ciebie, nie mam paru tysięcy lat doświadczenia z miłością.
Rudy, czarnowłosy czy blondyn? Kogo wybrać? Może zakręć butelką, skarbie.
Ta, ta. Coś w szampańskim jesteś dziś humorze.
Przykro mi. Dla ciebie to tragedia o w ogóle. Dla mnie -  szczęście, że wreszcie będę mogła poruszyć sama palcami u stóp, zasmakować chleba, pocałować kogoś, a nie tylko siedzieć tyle lat zamknięta w tobie. Jestem z tobą od początku… przez siedemnaście lat krzyczałam tylko w środku ciebie!
Dlaczego nie masz własnego ciała? Nie możesz sobie stworzyć? – Hermiona nie zamierzała szczególnie jej współczuć.
Cóż.. nie. Jestem, tak jakby, przeklęta.
Niby za co? – prychnęła dziewczyna w myślach. – Przecież jesteś tak miła i empatyczna.
Zakochałam się w ludzkim chłopaku – w głosie jej słychać było słychać prawdziwy smutek. – Ja zostałam tylko przeklęta. Jego dusza została unicestwiona.
Ooo… przepraszam. Nie… nie wiedziałam. Serio, sorry.
Niepotrzebnie. To było tysiąc sześćset dwanaście lat temu… zresztą mieliśmy dziecko. Jego potomkowie żyją do dziś. Jesteś jedną z nich, wiedziałaś? Inaczej nie weszłabym w twoje ciało
Co? – Hermiona zakrztusiła się jajecznicą. -  Że jak? Przecież… ja jestem szlamą! Mugolaczką! Moi rodzice są całkowicie niemagiczni!
Cóż… Tak nie do końca, bo widzisz…
- Jak z Ginny? – Harry musiał być naprawdę zaniepokojony stanem dziewczyny, skoro naraził się na publiczne zlinczowanie i usiadł przy stole ślizgonów.  Cholera! Hermiona wysłała jeszcze jedną  myśl do głosiku, mówiąc ,że porozmawiają o tym później i skupiła się na Wybrańcu
- Skąd wiesz, że coś jest nie tak? -  powiedziała ponuro, grzebiąc widelcem  w żółtej papce. Harry ostatnio był jakiś dziwny. Wiedziała, że ciężko zniósł rozstanie z Ginny, ale schudł przerażająco. Wielkie, fioletowe cienie pod oczami też nie wyglądały najlepiej.
- Opiera się na tym idiocie Zabinim jakby ledwo chodzić mogła. No i powiedzmy, że trochę poszarzała. Wygląda jakby normalnie z piekła wróciła.
- W zasadzie to nie mylisz się tak bardzo. – Hermiona uśmiechnęła się gorzko i opowiedziała mu  całą historię. Nie wyglądał na zaskoczonego. Jedynie kiedy opowiedziała, jak mieszkanka jej ciała udała się w podróż po duszę Ginny, prze oczy przebiegł mu niepokojący cień.
 - Cholernie przerąbane – podsumował.
- Co ty nie powiesz – zironizowała Hermiona.
Przez chwilę gadali o szkole, książkach, quiditchu w którego Ginny aktualnie nie mogła grać, o błahych rzeczach. A potem na stół padł czyiś cień.
- Przepraszam, Potter, ale czy mogę przez chwilę porozmawiać z Hermioną sam na sam? – zapytał Teodor Nott.
·          
- Czego chcesz? – chłodno spytała się Hermiona wysokiego bruneta miętolącego brzeg szaty. Nie zamierzała mu przebaczać, niezależnie od tego jak słodko wyglądał taki skruszony. Nie. Nie.
- Przeprosić? – wreszcie na nią spojrzał. Skrucha w jego oczach wyglądała prawdziwie, ale Hermiona nie urodziła się wczoraj.
- Za co? – spytała się niewinnym, lecz jakże wrednym głosikiem.
- Za to, że z nią spałem. – Teodor nie był typem człowieka który powie to cicho. Był szarmancki, sprytny, ale przede wszystkim odważny i dumny… na Ślizgoński sposób.
- Czekaj. Chcesz powiedzieć, że przepraszasz za zdradzanie mnie? I to z największą dziwką Slytherinu? Co ty nie powiesz – szydziła Hermiona. Była zła. Jednego nie cierpiała: łamania zaufania.
- Tak, chcę przeprosić właśnie za to. Kiedy mnie z nią widziałaś… właśnie z nią zrywałem! Zamierzałem powiedzieć ci o tym wieczorem – gorliwie zapewniał ją Nott.
Hermiona przez chwilę udawała, że się zastanawia.
- Nie. Nie wierzę ci  -powiedziała lekko.
Ten zmierzył ją wzrokiem spokojnym i zaciętym, a potem wskoczył na stół.
- Słuchajcie wszyscy!!!   - zawołał tak,  żeby usłyszał go każdy w Wielkiej Sali, w której było już całkiem dużo ludzi.  Zwrócili twarze w jego stronę. – Pewna dziewczyna tutaj mi nie wierzy. Chociaż kocham ją najbardziej w świecie, zachowałem się jak palant i – na chwilę urwał – cóż, przespałem się z inna nie jeden raz. – Ze strony jego widowni, zwłaszcza z damskiej strony dobiegło  go głośne buczenie. – Jednak chcę ją przeprosić. Chcę całować nawet jej stopy, chcę być przy niej zawsze, chcę robić wszystko o co mnie poprosi. Chcę być z nią. I udowodnię to… długoletnim przywiązaniem, miłością i byciem jej sługą. – Teraz wszyscy westchnęli. Słysząc takie gładkie słówka, jakby zapomnieli, że przed chwilą powiedział, że zdradzał swoją dziewczynę. – Hermiono Granger, czy uczynisz mi ten zaszczyt i pójdziesz ze mną na Bal siódmioklasistów? – uklęknął i wyjął z kieszenie puzderko. Otworzył jej delikatnie, a w środku zamigotał przepiękny wisior w kształcie serca.
Cholera. Ładny był.
·          
Hermiona wpadła na Dracona przy schodach.
- Nie było cię na kolacji – powiedziała, zamiast przywitania. To była już późna godzina; mieli tylko niecałą godzinę do ciszy nocnej.
- Taaa… Blaise mi coś skołuje. Chciałem iść się przewietrzyć. – Hermiona dopiero teraz zauważyła, że chłopak ma na sobie grubą bluzę z logo uniwersytetu Ivy League. Nie wiedziała, że on w ogóle wie, że coś takiego istnieje.
- Idziesz na Wieżę Astronomiczną? – Hermiona zmarszczyła brwi. To było jedyne miejsce do którego prowadziły te wykute w kamieniu schody.
- Muszę pomyśleć. Idziesz? – odwrócił się w stronę kamiennych stopni i zaczął iść. Przekręcił głowę i spojrzał się na nią tym głodnym wzrokiem. -  Miejsca jest tam wystarczająco.
- Idę – Hermiona uśmiechnęła się radośnie. W końcu już od dawna nie złamała jakiś zasad.
·          
- Wyobrażasz sobie, jak by to było, spaść tu teraz, być wolnym od wszystkiego? – przechyliła się przez barierkę i rozłożyła ręce jak do lotu. Draco pomyślał, że jest piękna, pięknem Boga i upadłego anioła który spadł na ziemię… niestety nie dla niego.
- Mogło by być fajnie. Ale tylko przez chwilę, więc złaź, zanim się zabijesz.
- Rymujesz, mocium panie? – zaśmiała się. – Obawiam się, że ja tylko wiersze białe mam na stanie.
- Co znaczy mocium? – Spytał się tylko Draco. Cały on… No, ale czarodzieje nie mieli takich książek na lektury.[i]
- Chodź tu lepiej – zaśmiała się  więc jeszcze raz, usiadła i poklepała miejsce obok siebie. Usiadł, choć trochę z wahaniem. Zachowywała się jakby za parę dni miał być  koniec świata. Jakby wszystko miało się skończyć, umrzeć, jakby nic nie miała do stracenia. Przerażało go to.
- Zimno tu – Hermiona  objęła się ramionami, chcąc zatrzymać choć trochę ciepła w ten październikowy wieczór.
Dracon bez słowa rozpiął swoją olbrzymią bluzę, wysupłał ręce z rękawów, zakrył i zapiął ich oboje. Hermiona spojrzała na niego zdziwiona. Nie do końca jej o to chodziło… i na romantycznych filmach jakoś to inaczej wyglądało.
- Nie będę ukrywać, mi też byłoby zimno – uśmiechnął się krzywo. W sumie to Ślizgonce to nie przeszkadzało. Objęła go ramionami , przylegając jak małpka pod ciepłą bluzą. On także przygarnął ją do siebie i ustawił ramię w taki sposób, żeby mogła się oprzeć.
„Dlaczego, och, dlaczego on musi być taki przyjacielski? Dlaczego muszę to wszystko w sobie dusić? To takie męczące!”
„ Ona patrzy się na mnie tak ufnie… gdyby wiedziała co do niej czuję, nie chciałaby mnie nawet dotknąć. Nie mogę jej powiedzieć. Wtedy stracił bym chociaż te chwile z nią. A ona chyba wciąż kocha Notta. Chociaż nie. Na pewno nie.”
-Więc… - odchrząknął. – z kim idziesz na bal?
Wyczuł jak jej kobiece ciało przyciśnięte do jego napięło się na moment.
- Z Teodorem – wyszeptała, nie patrząc na niego. – Postanowiłam dać mu drugą szanse…
Teraz to on zesztywniał; nagle przypomniał sobie ten wisiorek który tajemniczym sposobem pojawił się na jej szyi rano. Sądził, że nie może bardziej nienawidzić Teodora, który tak skrzywdził jego mała, byłą Gryfonkę; mylił się.
- A ty? –spytała się cicho.
- Z Astorią – Głupia krowa, wymogła to na nim, różowa lafirynda…
- Serio? Czasem Draco, powiem ci, że cię nie rozumiem. – powiedziała złośliwe. Draco poczuł złość. Co, to ona mogła iść na bal z największym idiotą i psycholem świata, a on nie mógł iść z normalną, pustą lalką?
- Masz rację. Zimno tu – wypiął się z bluzy, wstał pośpiesznie i zaczął iść w stronę schodów.
- Draco! – zawołała. – Zostań! Nie to miałam na myśli!
Ale on tylko odkrzyknął:
- Dobrej nocy Hermiono!
I zniknął. Hermiona została sama, z pachnącą męskimi perfumami bluzą, zimnym kamieniem i słońcem, które już zaszło.




[i] A ja nie umiem rymowaćXD